piątek, 27 września 2013

Voluntary Work

Uff, udało się bezpiecznie wrócić z krainy deszczu i mgieł. Relacja będzie, oczywiście! Zdjęć też trochę. Mam nawet podobne do tego z NG w poprzednim wpisie, ale trochę inne ujęcie. :) Jednak póki co skupię się na opowieściach z Azji...

Co tak właściwie nas sprowadziło właśnie do Indonezji? Trafiła się okazja, rozeszły się słuchy, ktoś już kiedyś był i opowiadał, akurat były w miarę tanie bilety... nic, tylko wybłagać o małe doładowanie konta i sru! na drugą półkulę, żeby... leczyć ludziom zęby! :)

Jak wiadomo, do odważnych świat należy i tym razem też nam się trochę poszczęściło. Tani (w miarę!) bilet lotniczy prosto ze stolicy i to najlepszymi (w tegorocznych rankingach) liniami lotniczymi na świecie, gdzie czasami zwykły obywatel dostanie biznes klasę (wyobrażacie sobie biznes class w cenie ekonomicznej w najlepszych liniach lotniczych na świecie?! :] ja też sobie tego nie wyobrażałam, ale cuda się zdarzają...). No po prostu miodzio.



Mimo naprawdę niezłego komfortu w samolocie i przystanku w Dubaju, dwa dni w podróży plus zmiana czasu dają się we znaki. Jakby tego było mało, po odebraniu nas z lotniska od razu wsadzili nas na wykłady, gdzie toczyła się wewnętrzna walka zamykających się oczu i chęci skupienia się na nowych ludziach i nowym doświadczeniu, ale kolejny cud pozwolił przetrwać ten dzień i na szczęście wyrównaliśmy jetlaga dopiero wieczorem idąc spać trochę wcześniej.

Po odespaniu i wypłukaniu z siebie dwudniowych potów, zaczęło się - wykłady, zwiedzanie, wykłady, zwiedzanie, trochę pracy. Co prawda liczyliśmy na większą ilość roboty, nie można było jednak narzekać na brak zainteresowania europejskimi i arabskimi młodymi dentystami (no, prawie;) ). Sporo ludzi zgłosiło się na darmowe leczenie rozreklamowane wcześniej przez uniwersytet w Yogyakarcie, który tak naprawdę wszystko zorganizował, łącznie z naszym planem popołudniowym (za co bardzo jesteśmy wdzięczni). Mieliśmy swoich asystentów - studentów z Yogyakarty, którzy też służyli jako tłumacze, chociaż postaraliśmy się nauczyć podstawowych zwrotów, co chyba poskutkowało sympatią w niektórych przypadkach. :) No proszę was, ludzie boją się dentysty w swoim mieście, a co dopiero gdy przyjeżdża ktoś z drugiego końca świata, ma białe włosy i niebieskie oczy i jeszcze nie potrafi nic powiedzieć?! Na szczęście - jak wspominałam - leczyliśmy za darmo, wszystko było konsultowane z lekarzami, a tamci ludzie prawdopodobnie widzieli dentystę może drugi raz w swoim życiu, może nawet nie? Niestety fakty są smutne - w Indonezji na 240 MILIONÓW mieszkańcow jest tylko 150 tys. dentystów, więc myślę, że im się trochę przydaliśmy...

Oto krótka fotorelacja z wolontariatu:

"Ekipa" w hotelu.
Niezły hotel, prawda?;) Mieszkaliśmy tam dwa tygodnie (Yogyakarta).
Jak się później okazało podczas samodzielnej już podróży po Bali i Jawie - naprawdę niezłe warunki... no dobra, najlepszy hotel jaki odwiedziliśmy w tym kraju. Co więcej - ulubione miejsce na plan filmowy, trafiliśmy nawet na jeden odcinek serialu :)
Typowy widok...
A oto mój hit: tak wyglądają indonezyjskie toalety. Muzłumanie nie używają papieru toaletowego. Uważają, że 'ta' czynność jest na tyle brudna, że należy się po niej od razu umyć (coś w tym jest). Dlatego NIGDY nie podawaj muzłumaninowi (ani hindusowi) lewej ręki, bo jest po prostu... nieczysta.Po umyciu się LEWĄ RĘKĄ wodą ze studni za pomocą wiaderka z rączką (to mydło widziałam pierwszy i ostatni raz w ichniejszej toalecie, może i dobrze), należy spłukać tą samą wodą za pomocą tego samego wiaderka. A jak zabraknie wody w studni, to jest kranik i się go odkręca. No właśnie, ale zastanawialiście się czy nie jest potem trochę 'mokro w gaciach'? Bo za bardzo nie ma się czym wytrzeć... Prawda jest taka, że nie należy to do zmartwień, bo w tropikalnym klimacie jest się cały czas mokrym i to wszędzie, więc różnicy nie robi. No z tym, że może jest się odrobinkę czystszym tu i tam (chociaż po zajęciach z mikrobiologii takie pewne to dla mnie nie było). W każdym razie ja uszanowałam ich zwyczaj i starałam się nie podawać lewej ręki. A może to była prawa?... :-o
O poranku.
Zajęcia przygotowawcze do tzw. voluntary work.
Na zajęcia trzeba było jakoś dotrzeć. Najlepiej skuterem, chociaż...
...proponowano nam różne środki transportu.

A tak wyglądał fotel dentystyczny, czyli stanowisko pracy :)
Materiałów nie brakowało.
Zbieranie wywiadu.
Nasi opiekunowie zawsze chętni do pomocy.
I do tego wiecznie uśmiechnięci!
W oczekiwaniu na pacjenta... Jako, że dom był muzułumański, należało zdjąć buty. Po prawej spluwaczka, a obok spluwaczki mój obiad w zielonym kartoniku.
Poczekalnia.
Przed przyjęciem badanie ogólne - ciśnienie itd.
Każdy cierpliwie czekał na swoją kolej.

Oto i pacjent!



Jak widać warunki bardzo prymitywne, ale wszyscy byli zadowoleni z pracy i dawało nam to dużą satysfakcję. Pomogliśmy wielu ludziom i myślę, że jako dyplomowany dentysta też będę w takim wolontariacie uczestniczyć. Zachęcam każdego, zwłaszcza jeśli posiadacie jakieś wyuczone lub rzadkie umiejętności - tam na drugim końcu świata czeka wiele osób, które tego potrzebują. Przy okazji można zwiedzić kawałek świata...

... i o tym będzie następny wpis. :)


Pozdrawiam!

J.



2 komentarze:

  1. Uwielbiam Twój fotel dentystyczny!!! :D
    A tak na poważnie, to kawał dobrej roboty z pomocą tym ludziom

    OdpowiedzUsuń