poniedziałek, 14 grudnia 2015

Annapurna Circuit Trek oraz najwyższa himalajska przełęcz Thorung La. Nepal 4/5


Po jednodniowej przerwie na aklimatyzację w miejscowości Manang (3500 m n.p.m.) i należytym odpoczynku, ruszyliśmy znowu w górę. Do najwyższego miejsca trekkingu zostało nam ok. 30 km w poziomie i 2000 m przewyższenia. Nie mogliśmy zlekceważyć naszego braku doświadczenia powyżej 4000 m (nawet na stosunkowo łatwym terenie) i postanowiliśmy zdobywać wysokość bardzo wolno. Celem lepszej aklimatyzacji wydłużyliśmy sobie trek o trzy dni wybierając się na jezioro Tilicho Lake (4900 m n.p.m.). W rezultacie ja nad samo jeziorko nie dotarłam, ale i tak pogoda nie była najpiękniejsza i pewnie dlatego też zrezygnowałam na 1,5 godziny drogi do jeziora. Szlak nad jezioro był bardzo malowniczy, ale też dość niebezpieczny ze względu na sporą ilość tzw. landslide'ów, czyli bardzo stromych kamienistych zboczy. Podczas 3-dniowej wycieczki na Tilicho po raz pierwszy zaczął też padać deszcz - na szczęście udało nam się dojść na czas do schroniska.
Myślę, że dość dobrze zrobiło nam to powolne przemieszczanie się powyżej 4 tysięcy, ale chyba jednak jeden dzień aklimatyzacji przed samą przełęczą Thorung La też dobrze by nam zrobił...

W drodze na Tilicho Lake.
Dobrze widać tu trasę wzdłuż osuwisk. Jak się dobrze przyjrzysz, zobaczysz człowieka na szlaku!
Byliśmy tak blisko 7 i 8-tysięczników, że nie dało się objąć całej góry obiektywem. Tutaj widoczny po lewej stronie lodowiec Annapurny III zatopiony we mgle.
Widok na zostawiany w tyle Manang (3500 m n.p.m.).
Jak?
Nic dodać, nic ująć.
Nie kopnie mnie?
Chwile twardego gruntu podczas chodzenia po osuwiskach.
Na południu kraju tropiki, w górach widać 'nasze' pory roku; powyżej 3500 m wyraźnie królowała jesień.
Dolina rzeki wypływającej z jeziora Tilicho.
Trasa przez landslide'y.
Gdzieś tam między górami było Tilicho Lake.
Ostrożnie!
 Trasa do jeziora.
Twardy Wiking dotarł do Tilicho Lake, ja wymiękłam trochę ponad godzinę przed.
Trasa powrotna z jeziora i wszechobecne chorągiewki modlitewne.
I jeszcze ja. :)
Tzw. blue sheep, czyli himalajskie kozice.
Przez całą drogę powrotną do szlaku mieliśmy takie widoki.
 W dole Yak Kharka, miejscowość na ok. 4000 m n.p.m.
Z tyłu widoczna nasza trasa.
Im wyżej, tym mniej roślinności.
O oł, jaki na szlaku. CO ROBIĆ???
Jaki pomyślały: O oł, człowieki na szlaku. CO ROBIĆ???
Pogoda w sam raz.
Przepiękne sępy himalajskie latały nam tuż nad głowami. Czyżby czuły, że mam lekki kryzys?
Gdzieś tam z tyłu podobno Dhaulagiri.
Po powrocie na szlak z jeziorkowej rozgrzewki, zdobywaliśmy wysokość dość powoli, około 300-500 metrów przewyższenia dziennie - podobno tak jest najrozsądniej i muszę powiedzieć, że mimo coraz większych trudności z oddychaniem, szło nam się całkiem dobrze. Im jednak wyżej, tym trudniejsze warunki, większe problemy z ciepłą wodą w schroniskach i niższa temperatura powietrza. Wszystko to byłoby jeszcze do zniesienia i wydłużylibyśmy może aklimatyzację o jeden dzień przed kulminacyjnym wejściem na przełęcz 5416 m n.p.m., gdyby nie fakt... że nagle w nocy spadło sporo śniegu. Przestraszyliśmy się i to dość mocno. Podobno z obozu pod samą przełęczą szlak był stosunkowo łatwy, raczej spacerowy, ale dokładnie rok temu (dzień w dzień!) zdarzyła się tragedia - nagle przyszła burza śnieżna i na 'łatwej' trasie na przełęcz zginęło ok. 30 osób... Mieliśmy to mocno na uwadze i wahaliśmy się długo co robić. Przez problemy z oddychaniem w nocy wcale nie spaliśmy (4900 m to nie przelewki ;)), nie znaliśmy trasy i co gorsza, baliśmy się że śnieg wcale nie przestanie padać i utkniemy tam na dobre. Co odważniejsze ekipy ruszały do góry, my jednak czekaliśmy do rana (zastanawialiśmy się co robić od 3 w nocy).
 W końcu pojawiła się zorganizowana grupa Niemców z kilkoma przewodnikami, bez wahania twierdzili, że idą do góry, postanowiliśmy ruszyć za nimi. Tempo mieli bardzo rozsądne, krok po kroku, częste przerwy na złapanie oddechu. Z naszego schroniska na przełęcz były jakieś 3 godziny drogi i były to zdecydowanie nasze najtrudniejsze godziny na całym trekkingu. Wiele razy myślałam, że to już mój ostatni krok w górę i że zaraz się uduszę, że po prostu się zatrzymam i nie podniosę już nogi do góry. Turyści mijali nas, a my szliśmy do góry baaaardzo wolno... nawet powolna grupa niemłodych Niemców w pewnym momencie wyprzedziła nas. Widoczność na szlaku była kilkumetrowa, cały czas padał śnieg, a my po prostu nie mieliśmy siły. Wydawało nam się też, że to my mamy największe problemy z podchodzeniem pod górę. :) Całe szczęście nie było tak bardzo zimno, trochę tylko wiało, po drodze jakiś miły Rosjanin poczęstował mnie herbatą. Całą drogę, od początku do końca, słyszeliśmy od mijanych przewodników, że jeszcze 1,5 godziny, może godzina, aż w końcu zobaczyliśmy stos chorągiewek i kamieni oraz napis: "Congratulations!". DOTARLIŚMY NA PRZEŁĘCZ! Ale to była radość!


 Taka pogoda była wieczorem w Base Campie (4900 m n.p.m.) pod przełęczą Thorung La...
...a taka była o 5 rano w Base Campie.
Kurczę, co tam jest napisane?
O! W końcu dotarliśmy! Juhuuuu! (zwróćcie uwagę na wszechobecną mgłę; w przejrzysty dzień byłoby widać ośnieżone wierzchołki).
:)
To była jedyna chwila podczas naszego pobytu na przełęczy, kiedy było widać ciut nieba. Co ciekawe - widać gwiazdy, a była 9 rano. ;)
Kiedy czołgaliśmy się żółwim tempem pod górę, każdy krok wydawał się zrobiony ostatkiem sił. Do tego miałam wrażenie, jakby słoń siedział mi na klacie. Jednak będąc wciąż powyżej 5000 m n.p.m., ale schodząc w dół, człowiek nabiera mocy i zdaje mu się, że oddycha pełną piersią. Bardzo dziwne to uczucie, ale z pewnością każdy, kto był wyżej niż 4000 m wie o czym mowa. Po zejściu z przełęczy oddychanie na 4200 m n.p.m. było lekkie jak nad morzem. :)

Coś tam nieśmiało wystawało zza chmur.
Chyba coś wysokiego. ;)
Klasztor buddyjski w Mukitnath.
To ośnieżone białe u góry zdjęcia to właśnie przełęcz Thorung La, ale dzień później.

Udało nam się zejść w jednym kawałku i to w niezbyt piękną pogodę, oczywiście cieszyliśmy się oboje z naszych 'rekordów wysokości'. Jednak gdy wstaliśmy następnego dnia rano, szlag nas trafił, bo niebo było idealnie czyste i oczom naszym ukazały się wszędzie dookoła przepiękne widoki! To trzeba mieć pecha, by trafić akurat w jeden jedyny dzień pochmurnej pogody i to na najwyższym punkcie trasy z najciekawszymi widokami... ale pocieszaliśmy się kolejnymi, które były - tak, tak, ponownie to powiem - zapierające dech w piersiach i chyba najbardziej zapadły mi w pamięć. Było to skrzyżowanie szlaków Annapurny z Mustangiem - coś niesamowitego! Najbardziej zaś wkurza mnie fakt, że zdjęcia kompletnie tego nie oddają. :)
Czas schodzić w dół.
W dół to się dostaje mocy!
Skrzyżowanie księżycowych przestrzeni rejonu Mustang i ostrych ośmiotysięczników rejonu Annapurny - bajka.
Te przestrzenie zostają w pamięci.
Patrz! Znowu jakieś bydło.
A sio mi z drogi! (nie powiem, trzęsłam gaciami - spójrzcie na te rogi... zmutowanie jaka z krową czy co?!)
Widok na masyw Annapurny.
Gdzieś tam jest siedmiotysięczny Tilicho Peak, gdzieś tam jest Annapurna I.
Pozowane, ale też ładne.
Oznakowanie szlaku. Znajomo wygląda?
Chyba najdłuższy wiszący most na naszej trasie.
W dolinie uschniętej rzeki.
To nie pocztówka!
Skamieliny.
Przez ogromne przestrzenie, odległości wydają się mniejsze niż są w rzeczywistości.
Znowu na księżycu?
Trzeba się spieszyć, bo jeszcze kawał drogi, a słońce zachodzi.
W końcu pojawiły się samochody (niestety).
A co wy tacy biali?

Drugiego dnia po zejściu z przełęczy, dotarliśmy do miejscowości Jomsom, gdzie zaczynała się ponownie droga dla samochodów i wiedzieliśmy już, że musimy się stamtąd zwijać. Urok surowych górskich miejscowości dawno minął, widoki stały się monotonne - trasa trekkingu biegła cały czas wzdłuż rzeki, coraz mniej widzieliśmy ośnieżonych szczytów. Zabraliśmy się więc autobusem z Jomsom do Pokhary, gdzie 120-kilometrowa trasa trwała 12 godzin ; takie rzeczy tylko w Azji... (no i pewnie w Afryce). Strasznie mnie zmęczyła i wkurzyła ta niekończąca się trasa w ścisku i smrodzie spalin niemłodego już autobusu, ale na sam koniec przesiedliśmy się na dach i to osłodziło nam cały dzień spędzony w podróży. Jechało nas tam dużo za dużo, ja siedziałam na jakimś stołku, metalowy pręt wbijał mi się w plecy, zapierałam się lewą stopą o plecak jakiegoś Białorusina, rękami trzymałam latający we wszystkie strony plecak, autobus (mocno przepełniony) wirował ostro na krętych drogach i co jakiś czas któryś z pasażerów krzyczał: 'heads down!' - było to ostrzeżenie przed wiszącymi nad drogą splątanymi kablami, którymi nie raz oberwaliśmy i które mogłyby ściąć nie tylko odstającą czuprynę.

Tym bezpiecznym (w azjatyckim wydaniu) sposobem dostaliśmy się z powrotem do Pokhary, gdzie odpoczywaliśmy parę dni, zatracaliśmy się w sklepach z pamiątkami i kaszmirowymi szalami (spokojnie, nauczyliśmy się rozpoznawać prawdziwie).

Odpoczynek w Pokharze.
Ostatni tydzień spędziliśmy dość monotonnie, trochę w Pokharze, trochę w Katmandu, wybraliśmy się też do parku narodowego Shivapuri niedaleko stolicy, by odetchnąć od śmierdzącego miasta i pochodzić trochę po dżungli z super zorientowanym guidem, który zgubił się dwa razy na wydeptanym i dobrze oznakowanym szlaku... ale wynajęcie przewodnika do tego parku narodowego było naszym jedynym (albo największym) sfrajerzeniem się podczas tej podróży, bo przewodnik w ogóle nie był potrzebny, ale skąd mogliśmy wiedzieć?

Shivapuri National Park niedaleko Katmandu.
Mieszkaniec parku Shivapuri.
Dudek na tle Himalajów.
Nepalska dżungla.
Przejazd na dachu samochodu.
Najlepsza rozrywka!

To by było na tyle jeśli chodzi o nepalskie opowieści. W razie jakichś pytań chętnie odpowiem. Następna i ostatnia część opowieści z Nepalu będzie typowo praktyczna - dla osób wybierających się albo chociaż planujących wyjazd do tego kraju. Będzie dużo informacji praktycznych, orientacyjne koszty, czego unikać, co zobaczyć itd.

Do następnego!
Do zobaczenia!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz