niedziela, 5 stycznia 2014

Nowy Rok u Wikingów. #1



Pierwotnie miała nas jechać cała grupa. Pomysł zainicjował Mateusz, jednak nie uzbierało się chętnych czy nie było odpowiedniej promocji - nie wiem, ale zrezygnowali. Ja postanowiłam jednak, że pojedziemy - i pojechaliśmy.

To już był mój trzeci raz w Norwegii i mam nadzieję, że nie ostatni, bo wracać tam mogę zawsze (tak jak do Portugalii czy Szwecji). Przepiękny, świetnie zorganizowany kraj, niestety super drogi (największe PKB na mieszkańca na świecie, tuż obok Szwajcarii... no niestety, te ceny bolą), ale przy nieco większej powierzchni niż Polska i tylko 5 milionach mieszkańców (!) można znaleźć swoją przestrzeń - co ja z resztą bardzo sobie cenię. Zawsze dusiły mnie miasta, a kusiła przestrzeń i w Norwegii jej nie brakuje. Jako, że część kraju leży za kołem podbiegunowym, można zasmakować trochę Arktyki - zwierzęta oraz zjawiska, takie jak noc polarna czy wymarzona przez wielu zorza polarna. I właśnie tych dwóch ostatni mieliśmy szczęście i przyjemność doświadczyć.

Podobno zorza jest
jednym z bardziej pożądanych doświadczeń podróżniczych i nie da się jej opisać słowami. Trzeba też mieć szczęście, żeby na nią trafić - wskazane jest bezchmurne niebo oraz najlepiej okolica nieoświetlona, czyli poza miastem. Wtedy tylko trzeba wziąć termos w rękę i czekać...

...i doczekaliśmy się. Na cztery dni pobytu w Tromsø przez trzy dni była widoczna zorza. Ponadto, trafiliśmy na naprawdę sporą aktywność, jedną z lepszych w ostatnim miesiącu.

Słupki określają aktywność zorzy w przeciągu ostatnich 33 dni. Jak widać okolica sylwestrowa jest dość wysoka :)

Najpierw było oczekiwanie w Sylwestra. Poszliśmy w najlepsze dostępne na piechotę miejsce (plaża) i czekaliśmy. Czekamy, czekamy... nagle usłyszałam niepewny głos Tomka, że chyba coś na niebie widzi. Tak, tym razem było to zielone światło. Bardzo nieśmiało pojawiało się na czystym, granatowym niebie, na chwilę znikało i pojawiało się znowu w innej konformacji. "Udało się" - mówiliśmy szczęśliwi zaczynając Nowy Rok. Potem wróciliśmy do miasta, oglądaliśmy piękny pokaz fajerwerków, a zamiast szampana - Milka z oreo (z wiadomych przyczyn;)). Jednak w głębi duszy trochę byłam zawiedziona, bo inaczej sobie to wszystko wyobrażałam - tańczące kolorowe ognie nad głowami obejmujące co najmniej pół sklepienia nieba itd. Ale mimo tego byliśmy zadowoleni - w końcu po to przyjechaliśmy. Po odespaniu swojego (ach jak się tam dobrze spało...) nie spieszyliśmy się już na wielogodzinne wyprawy na plażę i obserwacje. Pochodziliśmy trochę po mieście i tyle. 

Jednak robiąc sobie herbatę zauważyłam, że 'coś się święci' na niebie i wystawiłam głowę przez okno, by się temu przyjrzeć - a na niebie zaczęło się prawdziwe widowisko - tańce, hulańce, fikołki i kolory. I to z własnego okna, w centrum miasta - gdzie podobno dobrze nie widać. Piliśmy sobie herbatę siedząc na kaloryferku, który podgrzewał zmarznięte po spacerze dupki i oglądaliśmy... Ach...

Po kilkunastu minutach - kiedy się trochę uspokoiło, poszliśmy ponownie na plażę z nadzieją, że zorza się jeszcze nam pokaże, może potańczy i będziemy w najlepszym do tego miejscu na obserwacje. Jakoś tak wyszło, że po drodze cały czas jakiś tam pasek zielonej tęczy był widoczny, a jak doszliśmy na plażę - znikł. Czekamy, czekamy, pół godziny, godzinę, dwie... nic. Zarządziłam odwrót, bo trochę zmarzliśmy już, jak się okazało - z wyczuciem. W drodze powrotnej, tuż przed samym hotelem, kiedy szliśmy całkiem zajęci rozmową, oderwałam się na chwilę i spojrzałam w niebo. Umilkliśmy od razu i z zadartymi głowami, dalej będąc w centrum miasta, przyglądaliśmy się temu kolorowemu migoczącemu spektaklowi. TA zorza przebiła wszystko. Poprzednie to były tylko małe zorzątka. Położyliśmy się na śniegu, bo lepiej było widać - strumień zielonego światła przechodził przez całe niebo, wędrował sobie to szybciej, to wolniej zwijając się w serpentyny i rozwijając się niczym wachlarz. Ustawał i płynął dalej. Nie wiem dokładnie do czego można to porównać, ale zjawisko jest jedyne w swoim rodzaju. Zielony dym migoczący na fioletowo, biało i żółto, przesuwający się po niebie niczym fala płonącej się trawy - tak mniej więcej można sobie to wyobrazić. Ale niestety opisać się tego nie da, a przynajmniej ja nie potrafię. Trzeba pojechać i zobaczyć. A północna Europa jest doskonałym do tego miejscem. Polecam.

Zapraszam na kilka zdjęć.

Tak wygląda południe w noc polarną w styczniu. Przez 2-3 godziny nie jest całkowicie ciemno, jednak promienia słońca nie zobaczymy ani jednego.

W drodze do hotelu natrafiliśmy na stado pingwinów.

Tromso w południe.


A to już typowa noc. Widok z hotelu.

Uwielbiam norweskie domki.

Sylwestrowa noc pełna gwiazd. A my i tak gramy w zielone...


...oto jest! Nieśmiało zaczęła pojawiać się zorza.





Coraz więcej kolorów.




A samolot sobie leciał.

A taka była już w Nowy Rok.
Wracając do hotelu...

Z okna pokoju zauważyliśmy, że na niebie dzieje się coś podejrzanego.
Esy floresy.

Tańce hulańce.


Szał!!! To lepsze niż fajerwerki i szampan.

Nie można przestać patrzeć.




Poszczęściło nam się niesamowicie.

Akuku! Oto mieszkaniec Bieguna Północnego...

Daj człowieku rybkę lepiej, a nie gadasz.

To jest szkolenie (nie pokaz!) fok w Polarii - muzeum polarnictwa i północnej Norwegii.


Fajna sprawa, co? Zapewniam, że na żywo wygląda to znaaacznie lepiej...

Pozdrawiam,
J.


PS. Następne będzie Oslo, które odwiedziliśmy tuż przed Tromso.
A ryby też śpią.


2 komentarze:

  1. Pięknie zorza wyglądała i mieliście wielkie szczęście ją doświadczyć.
    Gdzie spaliście w Tromsø?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, szczęścia było dużo!
      Spaliśmy w hotelu St. Elisabeth, bardzo przyjemny, zadbany, w akceptowalnej cenie - zwłaszcza na tle wszechobecnych tam Radissonów.
      Początkowo szukałam hosta na portalu couchsurfing.com, jednak nikt nie był w stanie nas ugościć. A szkoda, bo brakowało nam oprowadzenia po mieście przez miejscowego...

      Usuń