niedziela, 23 marca 2014

Autostop, autostop... historie z mchu i paproci, czyli dlaczego to lubię i co dziwnego nam się zdarzyło.

Autostop to moim zdaniem jedna z ciekawszych form podróżowania i przemieszczania się, a także poznawania różnych ludzi. Przejechałam autostopem pół Polski i pół Europy (nigdy sama), co niektórym wydaje się trochę szalone, trochę męczące, ale podczas rozmawiania z ludźmi o tym sposobie podróży, większość przeraża jedna myśl: to niebezpieczne. Cóż mogę powiedzieć? Może i jest niebezpieczne, jeśli się zachowuje bezmyślnie (jak ze wszystkim), ale generalnie nie miałam większych problemów z autostopem i w większości przypadków zostały mi miłe wspomnienia.

Chcę podzielić się moim skromnym doświadczeniem w tej kwestii i
może podpowiedzieć innym śmiałkom, co robić, żeby było bezpiecznie i żeby 'działało' - przykazania autostopowicza będą jednak w następnym poście.

Najpierw wyjaśnię parę rzeczy - dlaczego to lubię? Przede wszystkim: za darmo! Oczywiście takie jest założenie, mogą się trafić kierowcy 'żądający' opłat za podrzucenie, ale w krajach, gdzie ta kultura jest dość popularna raczej takie rzeczy zdarzają się sporadycznie. Jednak fakt, że kierowcy zabierają za tak zwany jeden uśmiech znacznie obniża koszty podróży.
Kolejna ciekawa sprawa to możliwość rozmowy z różnymi ludźmi, często lokalnymi, którzy opowiadają ciekawe historie albo tłumaczą co można zobaczyć w okolicy (często są to lokalni kierowcy).

Zanim dojdę do opisu przykazań w kolejnym wpisie, opowiem dwie - chyba jak dotąd najciekawsze i najbardziej szalone historie związane z moim łapaniem stopa. Co prawda w jednej opowieści łamiemy kilka z podstawowych zasad bezpieczeństwa, ale... no cóż, jakoś się udało. :) Ale trzeba uważać!

Pierwsza historia zdarzyła się we Francji. Chodziłyśmy sobie z Z. po Alpach i pewnego dnia zapragnęłyśmy już wrócić do domu. Jako, że bilet miałyśmy kupiony tylko w jedną stronę, trzeba było wymyślić jakiś sposób na powrót. Nie trzeba się wysilać, żeby domyślić się na jaki pomysł wpadłyśmy. Jeździłyśmy sobie więc stopem za dnia, jednak w końcu przyszedł wieczór i należało się rozejrzeć za jakimś noclegiem. (zasada nr 1 - nie łap stopa w nocy!) Wylądowałyśmy w jakiejś niewielkiej miejscowości, gdzie niestety hotele albo były przepełnione, albo za drogie. Mimo dobrej pogody wykluczyłyśmy spanie gdzieś w parku pod drzewkiem, bo po okolicy kręciło się dużo podejrzanych typów i doszłyśmy do wniosku, że najlepszą opcją będzie przeczekać noc w jakimś oświetlonym miejscu. Znalazłyśmy kawiarnię, zamówiłyśmy po kawie, godziny nocy w tłocznej, ale bezpiecznej kawiarnio-restauracji powoli mijały. W pewnym momencie wyszłam do kibelka, wracam... a Z. podsiadła się do stolika obok biesiadujących Francuzów i wesołym chichotem zapraszała mnie do nich. Poczęstowali nas szampanem (zasada nr 2 - zawsze bądź trzeźwy!). Po chwili rozmowy okazało się, że przy stole obok nas zasiedli m. in.: właściciel kilku restauracji w Niemczech, szef kilku restauracji w Paryżu, paru innych właścicieli restauracji i szefów kuchni, w tym także właściciel TEJ restauracji... Ów miły i 'najedzony' pan obdarował nas swoją wizytówką i oczom swoim nie wierzyłyśmy - Gerard był to nie tylko właściciel kilku restauracji we Francji, ale...



 Nieźle, co?

Jako, że był to szef szefów i generalnie osoba wpływowa, zlitował się nad nami będąc jednocześnie pełen podziwu dla dwóch młodych podróżujących autostopem dziewczyn i pomógł nam przetrwać tą dziwną noc oraz dostać się do naszego kolejnego celu - Lyonu. Sama nie wiem, jak to się stało, że przyjęłyśmy propozycję podrzucenia czarnym samochodem do innego miasta W ŚRODKU NOCY... Tak tak, minister Gerard zaoferował, że jego szofer podrzuci nas do Lyonu, bo i tak wybiera się tam jego żona. Zarezerwował nam także nocleg w motelu. Tak naprawdę miałyśmy wtedy dwie opcje - zostać w tym dziwnym mieście jeszcze przez parę nocnych godzin albo zabrać się z szoferem i żoną do Lyonu. Jako, że małżonka ministra miała małego pieska, stwierdziłyśmy, że mordercy raczej nie mają małych białych piesków, dodało nam to trochę otuchy... i pojechałyśmy :)
Rano, już w Lyonie, oczywiście zastanawiałyśmy się, co my narobiłyśmy i czy ten motel nie jest jakimś burdelem, ale na szczęście nic złego się nie stało. Ja jednak ostrzegam - sami tego nie róbcie! :)


Z powyższej historii wybrnęłyśmy na szczęście cało, jednak złamałyśmy tym samym kilka podstawowych zasad bezpieczeństwa: picie alkoholu, podróż w środku nocy... nie byłyśmy co prawda bardzo pijane i wszystko wyglądało bardzo uczciwie i NA SZCZĘŚCIE okazało się też takim być. Jednak kiedy czasem sobie o tym myślę....




Kolejna historia jest już mniej drastyczna, aczkolwiek podobnie zadziwiająca. Zdarzyła się ona podczas tej samej podróży, kiedy stopem udało się nam przejechać Szwajcarię, Francję i Niemcy, dojeżdżając do Berlina (stamtąd już wróciłyśmy do Polski pociągiem).
Jak się okazało, był to przedostatni dzień naszego autostopowania. Wysiadłyśmy z poprzedniego auta na granicy francusko-niemieckiej i chciałyśmy złapać coś do Frankfurtu nad Menem. Był wieczór, godzina 19, może 20. Stanęłyśmy w całkiem przyzwoitym miejscu, przed rozdrożem, przy stacji benzynowej. Czekamy, czekamy... jest! Zatrzymał się samochód, za kierownicą młody Szwajcar, akurat jedzie do dziewczyny do Frankfurtu/M- super! Wsiadamy.
Był to bardzo miły chłopak pracujący dla NATO (a zadawał pytania w stylu: a Polska jest w NATO?). Opowiadałyśmy mu swoje podróżnicze perypetie, trochę też o wcześniejszych podróżach i nagle chłopak stwierdził, że nas przeprasza i musi zadzwonić do swojej dziewczyny. Rozmawiał po francusku, więc nie rozumiałyśmy zbyt wiele. Gdy skończył, powiedział nam, że... w sumie to nie będzie nas zostawiał w nocy na autostradzie ani w wielkim mieście, bo jeszcze nas zamordują, więc podrzuci nas do domu. "Do domu?" - myślimy. "Przecież to 700 km stąd!". "Wiem, wiem" - odparł Szwajcar i zmienił w GPS cel podróży z Frankfurtu nad Menem na Frankfurt nad Odrą.
Nieźle, co?
Faktycznie tak się stało, że jechał całą noc, nadrabiając przy tym co najmniej 1000 km, żeby odwieźć bezpiecznie dwie całkiem obce osoby! W rezultacie nie dojechaliśmy do naszego Frankfurtu, bo nasz dzielny kierowca nie wytrzymał i podczas postoju na parkingu po prostu zasnął.. ale i tak byliśmy już niedaleko Berlina, więc prawie jak w domu. Nie wiedziałyśmy co począć w tej sytuacji, chciałyśmy dać mu pieniądze, ale ich nie przyjął, kupiłyśmy mu więc kawę; byłyśmy bardzo uradowane i jednocześnie strasznie nam było głupio, że biedny chłopak nie zobaczy się tak szybko ze swoją dziewczyną, ale podziękowałyśmy najpiękniej jak potrafiłyśmy i pożegnałyśmy się serdecznie z naszym kierowcą.

Jednak dobrzy ludzie są jeszcze na tym świecie! No i niech mi ktoś powie, że autostop (zwłaszcza dla kobiet, a właściwie dziewczyn) jest niebezpieczny!

Czy ktoś z Was też miał podobne historie? 

Jeśli lubicie czytać o tego typu podróżach, polecam zajrzeć do książki "Prowadził nas los" (KLIK), gdzie Kinga Choszcz oraz Chopin opisują swoją 5-letnią podróż autostopem dookoła świata. To dopiero są odważni ludzie!

Następny wpis będzie o bezpiecznym i świadomym podróżowaniu za jeden uśmiech. 
A jeszcze kolejny o Eurotripie po Hiszpanii Portugalii.

Pozdrawiam,
do przeczytania.

Masło






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz