środa, 12 lutego 2014

Życie jak... na Maderze!


Madera to portugalska wyspa leżąca na Atlantyku dość samotnie - towarzyszą jej tylko malutkie wyspy Porto Santo, Desertas i Selvagens (archipelag Makaronezji :)). Tak naprawdę jest to autonomiczny region ze stolicą w Funchal, co szczególnie mnie nie dziwi, gdyż na Maderę zewsząd jest daleko - może w dobie samolotów jest to nieco przesadzone stwierdzenie, bo z Lizbony lot zajął nam dwie godziny, ale mimo wszystko - kilkaset kilometrów na wschód od Azorów, podobna odległość na zachód od Portugalii, a na południu daleko daleko Kanary. Stąd też ciekawy klimat wyspy.

Nazwa Madera w języku portugalskim (madeira) oznacza
drewno. Takie też musiało być pierwsze wrażenie zasiedlających te wyspę Portugalczyków - dla mnie wyspa jest bardziej kwiatowa i bananowa (czasami z bananowców wyskakuje kanar sprawdzający bilety w autobusie).

Wyspa ma niezwykle ciekawy klimat, gdyż ze względu na niego zwana jest 'wiosenną wyspą' - nie ma co się dziwić, gdyż średnia temperatura w roku to 20 stopni; latem dochodzi do 30, zimą zaś waha się w granicach 15-20 (czego doświadczyliśmy sami) - istotnie wiosenna pogoda przez cały rok.

Chcę tylko zaznaczyć, że jest to wyspa piękna, urozmaicona, górzysta, jest co na niej robić, jeśli chodzi o zwiedzanie, jednak nie polecam wycieczki w te rejony zwolennikom fiesty siesty i lambady - nie ma co liczyć na życie nocne, gdyż raczej jest to wyspa emerytów (zwłaszcza zza Odry, o tak!). Nie byliśmy niestety w najlepszej porze roku, a wybraliśmy się tam dla urozmaicenia... w ferie zimowe. Nie było co prawda kwiatów, ale i tak zdołała mnie zauroczyć świeżym powietrzem, no może nie w Funchal, otaczająca przestrzenią, która działa na mnie niczym na niektórych dobra whisky... (haha, ale piękne literackie porównanie).
Coś takiego we mnie jest, że w miastach się duszę, a oddycham swobodnie na otwartych przestrzeniach - w górach, na pustyniach, na morzu... ot taki ze mnie typ.

Kończąc ten i tak już przynudnawy wstęp, nadmienię tylko kilka ciekawostek o wyspie:

  • w stolicy Madery - Funchal - urodził się pewien bardzo znany piłkarz imieniem Cristiano (gdzie z resztą założył swoje własne muzeum...),
  • Madera to wyspa kwiatów - wiosną, kiedy wyspa rozkwita, można tylko współczuć alergikom,
  • swego czasu na wyspie przebywał Józef Piłsudski, a także Winston Churchill,
  • uprawia się tam pewien rodzaj winorośli, z którego produkuje się słynne wino Madera (pycha!),
  • na Maderze NIE MA PIASZCZYSTYCH PLAŻ! Tak, to jest rozczarowanie dla amatorów opalanka nad brzegiem morza, a raczej oceanu, ale dla chętnych polecam wycieczkę na sąsiednie Porto Santo, które ma 11-kilometrową ogromną plażę z mięciusim, żółciutkim piaseczkiem.

Tyle słowem wstępu, a teraz zapraszam Was do przejrzenia mini fotorelacji z pewnego zimowego wypadu na portugalską ziemię:


Stara dzielnica w Funchal. Hmm, w którą uliczkę by tu skręcić?

Pułapka na książkowe mole w Funchal.
Chodziliśmy tam prawie sami! Spotkaliśmy jeszcze dwójkę Duńczyków, którzy potem zabrali nas na stopa. I chwała im za to, bo musielibyśmy wracać 10 km na piechotę po ruchliwej drodze.

? :)

Ach góry, piękne góry na środku oceanu.

Na szlaku czyhało na nas mnóstwo ciemnych i długich tuneli.

W tle najwyższy szczyt Madery Pico Ruivo - 1862 m.
Jest pięknie. It's beautiful.

Smile babe, 'cause it's nice in here!

 Kto nie chciałby się przejść taką drogą w wiosennym słońcu?

 Z lewej przepaść i z prawej przepaść.

Spacer w chmurach.

A oto widok z hotelu - nie spaliśmy w samym Funchal, lecz kilka kilometrów dalej (praktycznie przy samym lotnisku, nad głowami latały nam samoloty).

Piękne, skaliste wybrzeża Madery.

No i są kwiaty.

Widok z najwyższego klifu na wyspie i jednego z wyższych na świecie - Cabo Girão.

Wietrzne wybrzeże.

Na półwyspie Cabo de Sao Vincente.

Ten sam półwysep - Cabo de Sao Vincente.

Plaża w miejscowości, w której mieszkaliśmy - Santa Cruz.

Wschód słońca nad Wyspami Pustynnymi - Islas Desertas, które zamieszkują tylko zwierzęta.

Niegdyś było tu mnóstwo drzew, jednak osadnicy uczynili wyspę bardziej skalistą i surową.

Uliczki Funchal - jak widać, turystów za wielu nie było.


Tak sobie jeździliśmy po wyspie zwiedzając to i owo, nie stać nas było już na wypożyczenie samochodu, czego trochę żałuję. Na pewno więcej różnych miejsc byśmy zobaczyli i moglibyśmy więcej pochodzić po górach - dojazd autobusami był prawie niemożliwy, dotarliśmy jakoś ledwo na stopa, ale i tak było już za późno by tam więcej maszerować.

Ominęliśmy też słynne levadas, czyli systemy nawadniania umiejscowione w lasach laurowych - ach! Tydzień to za mało!
Informacje dodatkowe:
  •  Jedzenie było znakomite, codziennie świeże ryby, do tego filiżanka portugalskiej Galão (kawa z mlekiem), a na kolację wino.
  • Dolecieliśmy tam z Warszawy z przesiadką w Lizbonie portugalskimi liniami TAP Portugal ze świetnym cateringiem (czy ja mówię tylko o jedzeniu? ;) ).
  • Najlepiej jest wynająć samochód, bo autobusy są stare i jeżdżą okrężną drogą, co przy zawijasach na maderskich drogach nie raz przyprawiło nas o mdłości...
  • Jeśli chodzi o pamiątki, najlepiej przywieźć... wino Madera.
  •  Polecam tym, którzy kochają naturę, lubią góry, chcą się trochę wyizolować i posłuchać portugalskiego języka!

Podkreślę tylko, że Portugalia to mój ukochany kraj, zawsze będę tam wracać (zwłaszcza do Lizbony), mam nadzieję wrócić jeszcze na tę wyspę, ale tym razem z namiotem i tylko w góry. Marzą mi się jeszcze Azory, nie wspominając o innych portugalskojęzycznych krajach - Wyspy Zielonego Przylądka, Mozambik, Wyspy Świętego Tomasza i Książęca, Timor Wschodni (byliśmy niedaleko), no i oczywiście - Brazil, chociaż to już trochę inna bajka.

Pozdrawiam,

Masło.

Znajdź mnie!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz