sobota, 26 lipca 2014

Wycieczki po Andaluzji #2


 Zapraszam na część drugą - i niestety ostatnią - opowieści z krainy flamenco. 

Jak się w ogóle tam znalazłam? Wielbicielka gór i zimna? :) Ano ma się znajomych tu i tam... Był to więc tygodniowy wypad w odwiedziny i przy okazji jeszcze raz dziękuję za polską gościnę w Hiszpanii.


Na początek raz jeszcze krótki spacer po Maladze.

Główna ulica handlowa w Maladze.




A to port.

Muszę przyznać, że niezła woda jak na port...

Hiszpanie (zwłaszcza latem) mają bzika na punkcie wesołych miasteczek i po zmroku wyruszają rodzinami 'na miasto' - każdy znajdzie tu coś dla siebie; dorośli 'winkują' w restauracjach, dzieciaki szaleją na karuzelach. Pełno jest też różnych straganów i budek z grami.

Ile słodyczy!...

Tu już lepiej wyglądające przysmaki - kokosy, oliwki, jakieś orzeszki (chyba).

Długo się zastanawiałam na czym polega ta gra - bachor dostawał coś do rzucania i chyba chodziło o to, żeby nie trafić w gówno, ale pewności nie mam. A może właśnie trzeba było w nie trafić? Albo zrobić tak, żeby wpadło do kibla?... Nie wiem i szczerze mówiąc wiedzieć nie chcę.

A oto właśnie kuchnia - ryby (świeże) przyrządzane są na świeżym ogniu na grillu, który był kiedyś łódką.

Ten pomysł już mi się bardziej podoba :)

No tak, nocna sesja.

A to kolejna restauracja przy morzu.

Playa por la noche.

Pamiątkowe z gospodynią.

Jako, że plaża w Maladze do najpiękniejszych nie należy, postanowiliśmy wybrać się w lepsze miejsce, kawałek dalej. Myśleliśmy o Marbelli, ale jako że tam wszystko robi się powoli, nie było już czasu na wycieczkę w te strony, dlatego postanowiliśmy ruszyć trochę bliżej - do miejscowości zwanej Nerja. Plaża  rzeczywiście przyzwoita, piasek lepszy, ale najciekawsze było chyba położenie - wśród skał.

Oto plaża w Nerja.

Śródziemnomorska roślinność to jedna z moich ulubionych. W tle wieloryby.

Podoba mi się!


Nieźle sobie ci Hiszpanie mieszkają.

I te doniczki!

Typowy hiszpański deser - flan - niby budyń, niby nie - oraz znakomita kawa.

Teraz przenosimy się do domu w Maladze - takie mają tam podwórze.
Wszędzie kwiaty...


Ktoś wie jak się nazywają?


Z bliska.


Nawet moja ulubiona lawenda! (dobrze odstrasza robactwo)


Zachciało się owoców morza!

Apetyczne kalmary, prawda? ;)

Obcy?

Kroimy...

...obieramy...

...gotujemy!


No i jemy :)

A tu wieczorny spacer po mieście - wcale nie łapiemy stopa, ale pokazuję palcem na korridę.

Wieczorny chill.

Z Malagą w tle - wspięliśmy się na górę, na której stoi zamek

Widoki przednie.



Po zachodzie słońca.

Ostatniego dnia mojego pobytu w Hiszpanii wybraliśmy się na wycieczkę. Wypożyczyliśmy auto i pojechaliśmy do parku narodowego Cabo de Gata - 3 godziny drogi na wschód od Malagi.

Trochę zabłądziliśmy po drodze i jakoś tak wyszło, że wjechaliśmy do innego parku narodowego Sierra Nevada z najwyższym szczytem Hiszpanii. Bardzo chciałam zostać, ale niestety nikt z nas nie był przygotowany na spacer na górę liczącą 3500 metrów :(

Nasza super fura - Ford, silnik 1.25. YEAH.

Słońce nieźle daje w południe w tym Sierra Nevada - bez kremu z filtrem ani rusz.

W końcu dotarliśmy do celu!

Prawda, że pięknie?

Pięknie i wietrznie - patrz: moja kiecka.

Tu lepiej widać powiew wiatru.

Ojojoj. Prawie by nas zdmuchnęło.

No a facet zadowolony. Ja zaś udaję Marilyn...

Pamiątkowe i rozwiane z gospodynią. :*

Takimi drogami jeździliśmy naszym fordem 60 koni i silnikiem 1.25 :)

No cóż... brawa dla kierowcy!

Trochę melancholii na zakończenie.


 Mam nadzieję, że się chociaż trochę podobało.
Następny wpis będzie ze zdecydowanie chłodniejszego miejsca, ale to dopiero za jakiś czas... ;) Może w międzyczasie wskoczy jeszcze parę obrazków z pięknych polskich gór. Tak czy siak - polecam śledzić regularnie, a pod koniec września to już na pewno!

Pozdrawiam,
Asia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz