poniedziałek, 29 września 2014

Cats of Reykjavik. Islandia #4


Ostatnim przystankiem podczas naszej podróży dookoła Islandii była oczywiście stolica - Reykjavik. Jest to niewielkie miasto (ok. 200 tys. mieszkańców), jednak mieszka tutaj ponad 2/3 Islandczyków. Muszę przyznać, że moje wcześniejsze wyobrażenie jest dość bliskie rzeczywistości - niewielkie, nowoczesne budynki pośrodku dosłownie niczego, obecność portów i kutrów rybackich, przechadzający się brodaci mężczyźni oraz kobiety w norweskich swetrach. Niezbyt duży tłok, niewiele do zobaczenia...
To wszystko prawda. Ale to co zaskoczyło mnie w tym mieście najbardziej to... koty! :)

Mówi się, że Reykjavik to miasto kotów i jest w tym sporo prawdy; kotów jest wszędzie pełno! Mało tego - są duże, zadbane, piękne i w większości przyjacielskie. Przechadzając się ulicami miasta można mieć wrażenie, że w każdym domu mieszka jakiś kot. Po prostu Islandczycy ze stolicy je uwielbiają, dbają o nie, wypuszczają je z domu i nikt im krzywdy nie robi. Słowem - koty rządzą. Co ciekawe, mają nawet swój profil na facebooku! (Cats of Reykjavik)

Zapraszam do zdjęć.


Na początek jedna z główniejszych atrakcji Reykjaviku i okolic - gorące źródla Blue Lagoon. My kąpaliśmy się w podobnych w okolicach jeziora Myvatn. Było zimno (nie dajcie się zwieźć sandałom!), a woda przyjemnie ciepła. Szkoda tylko, że wiało!

Oto pierwszy zawodnik.

Jedne podchodzą bliżej...
...nawet dają się pogłaskać...

...inne obserwują z daleka....

...albo z ukrycia...

...niektóre się ludźmi nie przejmują...

...a inne do ludzi garną....

... jak widać :)


Uwaga! Teraz coś dla spostrzegawczych:

Znajdź drugiego kota.


A teraz piękna koteczka, którą wypatrzyłam obok jednego z domów w centrum miasta.

Kulka futra w trawie.

Pieszczoty nie są jej obce.

Przecież to istna piękność!

A jaka wesoła! Nie ma to jak potarzać się po chodniku.


Muszę wyznać, że mimo całego mnóstwa pięknych i zadbanych islandzkich futrzaków, z jednym pokochaliśmy się od pierwszego wejrzenia... Spotkaliśmy się kilka razy, zaiskrzyło. Czekał na mnie, a ja na niego. Spotkaliśmy się parę razy i to były jedne z piękniejszych chwil w tym mieście! :)

Tylko nie bierzcie tak wszystkiego na serio...

Oto mój koci kochanek, koci Wiking - Brusi:


Czekał w drzwiach, by wybiec mi na spotkanie.

Radość obojga była ogromna.

Och, szczęście w czystej postaci.

Okazujemy je przez tarzanie się na chodniku.

Najpiękniejszy Rudzielec.

Co za futro, co za duma, co za spojrzenie...

Koci przywódca - Brusi.

Łamacz kobiecych serc.

Taak, było coś między nami. :)



Na pożegnanie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie.

Piękne koty, prawda? To może przejdźmy teraz do atrakcji miasta. Tak jak wspomniałam - jest ono niewielkie, historii praktycznie brak, zabytków brak. Największą atrakcją - poza kotami - są chyba rejsy na obserwację wielorybów. Tak więc, bez zbędnego gadania - kilka ciekawszych ujęć:


Urokliwe jezioro w centrum miasta.

Karmimy gęsi i kaczki.

Oto centrum miasta.

Wybraliśmy się na pchli targ (akurat trafiliśmy na TEN dzień - sobotę). Można tu kupić dosłownie wszystko, jednak największą popularnością cieszą się ryby i owoce morza. Muszę się pochwalić, ale próbowaliśmy słynnego, tradycyjnego islandzkiego sfermentowanego rekina! :) Nie było tak źle, jak się obawialiśmy, Tomek nawet zasmakował, ale ja wolałabym jednak tego nie powtarzać... :)

O!

Zobacz! Kolega jeszcze żyje! (i nawet szczypie w palec)

Uwaga! Uwaga! Zgadniecie co to za budynek? Nie wiecie? Otóż jest to... gmach rządu. :)


To by było na tyle. Islandzkie opowieści czas zakończyć. Mam nadzieję, że nie było bardzo nudno i że kogoś zachęcę do odwiedzenia tego surowego, lecz pięknego kraju.

Zapraszam na następne wpisy i regularne odwiedzanie.

Pozdrawiam,

Asia

PS.

:*


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz