niedziela, 29 listopada 2015

Annapurna circuit trek, czyli prawie 8000 m n.p.m. na wyciągnięcie ręki. Nepal 3/5


Annapurna - dziesiąty (8091 m n.p.m.) co do wielkości szczyt świata. Znajduje się na północy zachód od Katmandu, między Dhaulagiri a Manaslu. Podobno jeden z trudniejszych ośmiotysięczników do zdobycia, na pewno najbardziej zabójczy - co trzeci atakujący jej najwyższy wierzchołek nie wraca. Pierwszy raz zdobyta w czerwcu 1950 roku, zimą zaś pokonali ją jako pierwsi Polacy - Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka. 
Annapurna słynie również ze
swojego przepięknego szlaku dookoła jej masywu obejmującego 4 wierzchołki:
  • Annapurna I wierzchołek główny – 8091 m
  • Annapurna II – 7937 m
  • Annapurna III – 7555 m
  • Annapurna IV – 7525 m
Całość trasy to ok. 200-230 kilometrów (w zależności od wariantu) z najwyższym punktem na przełęczy Thorung La (5416 m n.p.m.) i zajmuje ok 14-20 dni.

Widok ze szlaku dookoła Annapurny.

ACT - czyli Annapurna Circuit Trek - uważany jest za jeden z najpiękniejszych trekkingów świata, wielu twierdzi nawet, że piękniejszych widoków nie ma nigdzie. Stąd też wynika niezwykła popularność tego miejsca - co ma swoje i wady, i zalety. Na pewno największą zaletą popularności szlaku (oprócz treku do bazy pod Everestem jest to najczęściej odwiedzany trek w Nepalu) jest utrzymanie i zachowanie starodawnej kultury buddyjskiej mniejszości mieszkającej w okolicznych wioskach (także powyżej 3500 m n.p.m). Podobno, gdyby nie turyści, którzy są jedynym źródłem utrzymania ludzi tam żyjących, wioski dawno zostałyby opuszczone i mieszkańcy szukaliby pracy w zatłoczonym i brudnym Katmandu. Druga strona medalu jest taka, że duże ilości turystów wiąże się z pewnymi problemami - tłumy (problem ze znalezieniem noclegu), śmieci (problem z wywożeniem), przyspieszony rozwój infrastruktury (budowa dróg, hoteli...) - co oczywiście obniża atrakcyjność tego miejsca. My - jako turyści starający się unikać najpopularniejszych miejsc, nie cierpiący tłoku i sztucznej turystycznej szopki - od razu wykluczyliśmy naszą obecność w okolicach Annapurny. 

Planowaliśmy trekking dookoła Manaslu - bardziej dziki, dziewiczy, mniej hotelików... niestety (a może i nie?) podczas trzęsienia ziemi 6 miesięcy wcześniej, sporo tea house'ów legło w gruzach i nasza wycieczka wiązałaby się z noszeniem ze sobą jeszcze namiotu. Tego nie chcieliśmy, już wystarczająco duże mieliśmy plecaki; poza tym żadne z nas nigdy nie chodziło po górach 2 tygodnie z wielkim bagażem. Mieliśmy i tak już dość spore obawy - czy wytrzymamy? Czy nam się nie znudzi? Czy nie przygniecie nas ciężar plecaków?... Trzeba było spakować pełen ekwipunek, w tym zimowy (w końcu wysokie góry), nie chcieliśmy się więc ładować w noszenie namiotu albo - o zgrozo! - zatrudniane tragarza. Zdarzyło się zaś przypadkiem, że jeszcze w Katmandu usłyszeliśmy od pewnego podróżnika, który właśnie wrócił z okolic Annapurny, że wcale nie ma dużo ludzi, wręcz przez cały dzień nikogo nie spotkał. Zapaliła nam się żółta lampka - może po trzęsieniu nie będzie tylu turystów?... Popytaliśmy się tu i tam, podobno w całym kraju jest słaby sezon i wyjątkowo mało odwiedzających i wyrok zapadł - JEDZIEMY NA ANNAPURNĘ!

Zezwolenia załatwiliśmy w Pokharze jednego dnia, udało się w ostatniej chwili kupić bilet autobusowy... i wyruszyliśmy o świcie.*

*wszystkie rady dotyczące organizacji tego trekkingu, nasze spostrzeżenia i uwagi w następnym, osobnym poście 

Widok na masyw Annapurny z Pokhary.
W Pokharze mieliśmy okazję podpatrzeć, jak produkuje się ręcznie kaszmirowe szale.

Szlak trekkingowy rozpoczyna się w miejscowości Besisahar (820 m n.p.m.), my podjechaliśmy sobie jeszcze kilkanaście kilometrów busem i rozpoczęliśmy ostatecznie trasę w Nadi Bazar.
Pierwsze 3-4 dni trasy są jeszcze bez ośnieżonych wierzchołków ani nieograniczonych przestrzeni. Mimo wszystko podobało mi się tam bardzo, trochę trudne były początki z plecorem, jednak szło się pośród tarasów ryżowych oraz dżungli, przechodząc przez wioski między domami miejscowych ludzi i - dosłownie! - zaglądając im do środka. Bomba! 

Tempo mieliśmy całkiem przyzwoite, jednak traciliśmy na prędkości tylko, gdy wychodziło słońce - było ostre, rażące, gorące i osłabiające. Dlatego też przez kilka pierwszych dni wychodziliśmy koło 6 rano, by w południe mieć chwilę przerwy na obiad.

Pierwszy dzień trekkingu - w tle widać przepiękne tarasy ryżowe.
Widać jak pięknie dżungla przeplata się z tarasami ryżowymi.
Szlak przebiegający przez wioski prowadzi przez gospodarstwa domowe - tacy mieszkańcy często wychylali swoje głowy z glinianych chat.
Szlak był bardzo dobrze oznakowany, ścieżka jest dość oczywista. Tutaj wchodziło się kawałek po kamiennych schodach.
Dżungla w Nepalu po raz kolejny.
Czy to chmury, czy zaczynają się pojawiać ośnieżone wierzchołki? Niestety - to jeszcze chmury.
Śniadanie o wschodzie słońca - 2 dzień.
Wchodzimy już trochę wyżej, powoli zaczynamy czuć różnicę terenu (tu było może z 1500 m n.p.m. :))
Podczas pierwszych dni treku trafiliśmy akurat na buddyjski pogrzeb. Przez 3 dni grają na bębnach, tańczą, śpiewają, jedzą mięso i medytują.
Buddystom nie przeszkadza, gdy ludzie z zewnątrz biorą udział w ich obrzędach. Zawsze przyjmowali nas niezwykle ciepło, często zachęcali do wspólnych modłów.
Buddyjski mieszkaniec Himalajów.
Śniadanie wyprawowe, czyli tybetański chleb (bardzo tłusty) z miodem, do picia Hot Lemon w/Honey.
Mosty wiszące to codzienność.
W Himalajach czas płynie bardzo powoli.


Na trasie takie niespodzianki.
Wszędzie wiszące mosty.
Most nad rzeką. Trochę chwiało, ale zdjęcie wyszło nieruchomo.
Dzień 4 i pierwsze ośnieżone szczyty!
Wykańczający był ten upał w południe.
Kolejne wiszące mosty - na nich często wisiały buddyjskie chorągiewki modlitewne.
 
Przerwa na obiad (czekaliśmy jak zwykle ponad godzinę). W tle masyw Manaslu.
Tak wyglądały kuchnie w buddyjskich tea house'ach. Akurat tu było całkiem czysto.
Słońce nieśmiało przebija się ponad góry.

Rano zaś, w cieniu, było całkiem chłodno.
 Codziennie pokonywaliśmy z plecakiem ok. 18-20 km.
Mimo, że w Nepalu przeważa hinduizm, w górach zdecydowanie częściej widuje się świątynie i symbole buddyjskie - jak te modlitewne chorągiewki.
3200 m n.p.m. wieczorem to nie przelewki - do tego po wysiłku, stąd moje ciepłe ubrania.
Przepiękne gwieździste niebo, nie zakłócone żadnym miejskim światłem.
Co ciekawe, że im wyżej wchodziliśmy, tym wyższe wydawały się szczyty dookoła.
Masyw Annapurny.
Oto jedno z ładniejszych widokowych miejsc na całej trasie; wysokość ok. 3200 m n.p.m. z widokiem na Annapurnę II i IV.
Uciążliwe to górskie słońce ;)
Jedna z urokliwych kamiennych wiosek.
Pierwsze ośnieżone szczyty to masyw Annapurny II, te zaś bardziej oddalone po lewej to masyw Manaslu.
Na szlaku nie brakuje też zwierząt - tutaj kozy toczące walkę o pozycję w stadzie (albo o kobietę?...).
Po jednej z dłuższych tras (25 km), w końcu docieramy do Manang (3500 m n.p.m.), by zrobić tam sobie dzień przerwy. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz odczułam wysokość (straszny ból głowy i nudności).
Dzień 6-7: dzień aklimatyzacji w Manang (ok. 3500 m n.p.m.).
W Manang zobaczyliśmy też pierwsze jaki!
Takie widoki z Manang - ostatniej miejscowości przed przełęczą Thorung La (5416 m), do której można dojechać samochodem.
Uwaga - jaki na drodze! Strasznie baliśmy się przejść obok, ale okazały się bardzo płochliwe i grzecznie schodziły nam z drogi.

Zachód słońca z Manang i widok na wierzchołki Annapurny II i IV.
Miasteczko Manang leży w dolinie, przez którą przepływa rzeka. Na szczęście w porze suchej rzeka nie stanowi dużego problemu.
Uff, w końcu dzień przerwy!
Zachwycające widoki.
Juhu!
Chwila zadumy w dzień prania - wzięłam ze sobą tylko 1 parę trekkingowych długich spodni (ograniczenie ciężaru) i gdy schły, musiałam chodzić w bieliźnie termoaktywnej. Na szczęście miałam krótkie spodenki.
W tle Annapurny II i IV oraz mała buddyjska stupa. A niżej po prawej Manang.
Podglądamy jaki.
Jaki we własnej osobie.
JAKi widok!
Dolina rzeki, w której położone jest Manang.
Kocia wojna. Jak człowiek się nudzi podczas aklimatyzacji, to robi różne dziwne zdjęcia. ;)
Jest bosko! A najlepsze i tak jeszcze przed nami!

Następna część trekkingu w następnym wpisie. ZAPRASZAM!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz