sobota, 21 listopada 2015

Chitwan, czyli nosorożce, krododyle i przejażdżka na słoniu. Nepal cz. 2/5


Nepal to nie tylko Himalaje! Północną część kraju co prawda zajmuje najwyższe pasmo na świecie, jednak południowa część tego państwa to w dużej mierze teren wyżynny oraz dzika dżungla. Wzdłuż południowej granicy z Indiami jest co prawda kilka parków narodowych, jednak Chitwan to chyba najpopularniejszy ze wszystkich nepalskich parków. Znajduje się na południu w centralnej części Nepalu, tuż przy granicy z Indiami. Od 1984 roku jest wpisany na listę UNESCO.

Opuszczony hotel w dżungli Chitwan.
Teren parku pokrywa dzika dżungla oraz bagna, co jest ostoją wielu dzikich, w tym skrajnie zagrożonych wyginięciem zwierząt, m. in. nosorożca indyjskiego i tygrysa bengalskiego. W rzeczywistości,
gdyby nie ten i kilka innych takich miejsc, powyższe gatunki przestałyby już dawno istnieć, z dumą więc mogę powiedzieć, że turystyka w tym regionie ratuje przyrodę. Trochę inaczej zaś ma się sprawa słoni indyjskich, które występują tam licznie i są często wykorzystywane do pracy, w tym noszeniu turystów (ad. słonie nie męczą sie samym ciężarem ludzi, bo dla nich to jakby człowiek niósł na plecak kota, ale chodzi o ograniczenie ich wolności i sztuczne 'udomowienie').

Ja bardzo sceptycznie pochodzę do najpopularniejszych atrakcji turystycznych, bo często okazuje się to przereklamowane albo tak zatłoczone, że i tak nie widzi się prawdziwego oblicza miejsca, ale w tym wypadku muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Jak już wspominałam we wcześniejszym wpisie - mieliśmy odwiedzić inny, bardzo podobny park narodowy Bardia, jednak znajduje się on dużo dalej i przez obecny kryzys paliwowy i w związku z tym utrudniony transport odradzano nam tam wizytę. Cały czas jednak myślę sobie, że jeśli kiedyś jeszcze trafię do Nepalu, to na pewno się tam wybierzemy... Mimo to, bardzo byliśmy zadowoleni z tej wizyty, później żałowaliśmy że trwało to tak krótko, ale cóż - spieszyło się już w Himalaje...

Kilka informacji praktycznych:
  • do Chitwan można dostać się z Katmandu oraz Pokhary, podróż trwa 5-8 godzin (dużo zależy od... w sumie od wszystkiego; w krajach Trzeciego Świata nic nie jest oczywiste, także czasem trzeba nastawić się na zupełnie coś innego, co było obiecywane; akurat nam  udało się dotrzeć z Katmandu w 6 godzin)
  • można kupić sobie 3-dniową wycieczkę w biurze podróży w Katmandu (tak jak my) za jakieś 90-100 dolarów/osobę - ma się w cenie hotel, wyżywienie całodzienne, safari na słoniu lub dżipie, spacer po dżungli i oglądanie ptaków; można też jechać spokojnie na własną rękę i na miejscu rozglądać się za hotelem i wycieczkami
  • w samym parku narodowym nie ma hoteli - zlikwidowano ostatni kilka lat temu, cała baza noclegowa znajduje się przed parkiem w małej miejscowości
  • najlepiej jechać pod koniec pory suchej, czyli marzec-maj, gdyż trawy są wtedy najniższe i jest największa szansa na spotkanie jak największej liczby zwierząt; akurat z nosorożcami nie było problemu nawet w październiku, ale tygrysa czy bawoła ciężko byłoby wypatrzeć.

Zapraszam do zdjęć.


Zaczynamy podróż! Bilet ze stolicy to wydatek rzędu 5-7 dolarów, my mieliśmy przejazd w cenie wycieczki (z miejscem siedzącym!)
Oto klimatyzacja w autobusie - wiatraki, do których niby były podłączone jakieś kable, ale w rzeczywistości klimatyzacja działała, kiedy okno było otwarte i napędzało to wiatrak... :)
Oto nasz hotel. Ze względu na kryzys turystyczny po trzęsieniu ziemi oraz początek sezonu, byliśmy w hotelu zupełnie sami. Jak dla mnie bomba.
Czysto, gorąco,  przyjemnie.. tylko te cholerne komary!
Ulice miejscowości sąsiadującej z parkiem. Akurat mieliśmy farta (albo i wyczucie), bo prawie w ogóle nie było widać turystów.
Krowy na ulicy to typowy widok w hinduistycznym kraju.
Nosorożec jest skrajnie zagrożony wyginięciem ze względu na wierzenia medycyny chińskiej o cudownych właściwościach rogu tego zwierzęcia. Podobno proszek z niego wykonany poprawia życie seksualne, a to dlatego że nosorożce potrafią kopulować nawet ok. pół godziny - i tak kilkanaście razy dziennie. Podobnie jest z penisem tygrysa - uważany za silny afrodyzjak.
Słonie pracujące dla parku - te akurat za dnia nosiły trawę słoniową (pokarm dla słoni zbierany w parku) lub były przywiązane w specjalnych altankach. Nie za bardzo mogły wówczas ruszać nogami, ale - podobno - zostały wypuszczane na noc po dość sporym ogrodzonym obszarze na terenie parku narodowego. Ile w tym prawdy ciężko powiedzieć, ale zapewniano nas, że słonie te nie mają ciężkiego życia.
Widok na rzekę oddzielającą park na dwie części. Za rzęką jest już zupełna dzicz i nie wolno poruszać się tam na pieszo; kilka tygodni wcześniej tygrys zagryzł tam człowieka.
Zachód słońca nad największą rzeką w parku - Narayani. Tam też ujrzeliśmy pierwszego dzikiego nosorożca...
...oto on! Juhu!
Brał sobie wieczorną kąpiel. Staliśmy na wzgórzu po drugiej stronie rzeki, byliśmy całkowicie bezpieczni, jednak od zwierzęcia dzieliło nas jakieś 50 metrów.
Rano wybraliśmy się łodzią  na 'birdwatching.
Oto jeden z wielu przepięknych ptaków, jakie udało się nam zobaczyć. Nie mam pojęcia co to za gatunek, wydaje mi się że coś w rodzaju sokoła.
Oprócz ptaków natknęliśmy się też na krokodyle. Ten był naprawdę wielki!
Po skończeniu wycieczki, 'kierowca' kajaku musiał wracać kilka godzin w górę rzeki do wioski. W wodzie pełno krokodyli...
Widok na dżunglę z łodzi.
Po wycieczce łodzią, mieliśmy spacer po dżungli i opuszczonym kilka lat hotelu. Wtedy też spotkaliśmy kolejne nosorożce (matkę z młodym), tym razem twarzą w twarz, zdecydowanie bliżej niż ostatnio i myślę, że to było już trochę niebezpieczne. Na szczęście wielka matka postanowiła się zmyć niż nas szturmować.
Ślady słonia na ścieżce.
Normalka, idziesz po dżungli z przewodnikiem, a tu ludzie na słoniach.
Kąpiel słonia. Tutaj akurat trochę wymuszona - pan siedzący na słoniu szturchał go, a pan stojący w wodzie szarpał za uszy, byśmy mogli zobaczyć jak polewa się wodą.
Słonie to przepiękne zwierzęta. Tutaj częstowane bananami na kąpielisku słoni.
Dość popularne w tym miejscu są zabawy ze słoniem, czyli wchodzenie na niego, skakanie do wody, polewanie go wodą i tym podobne... ja wiem, że każdy chce mieć przyjemność i przeżyć przygodę, ale wyobraźcie sobie te setki turystów czekającą na swoją kolej, a zwierząt 'w pracy' jest kilkanaście. Akurat podczas naszej wizyty nie było tych ludzi aż tak dużo, ale i tak widać było, że słonie były przymuszane do tych 'zabaw'.
Ja zdecydowałam się jedynie na małe mizianko i drapanie w wodzie kamieniem po pleckach. Jaką przyjemną w dotyku mają skórę!
W końcu przyszedł czas na safari! Na każdym słoniu sadzano 4 osoby i przewodnika. Miałam mieszane uczucia co do tego typu wycieczki i trochę nieswojo się na tym słoniu czułam, ale muszę przyznać że przeżycie bardzo ciekawe.
Miejscowi zbierają w dżungli pokarm dla słoni - trawę słoniową, która jest pochłaniana przez te wielkie ssaki w ogromnych ilościach.
A oto jeden osobnik zaobserwowany ze słonia po drugiej, bardziej dzikiej stronie rzeki. Nosorożce nie boją się słoni, dlatego spokojnie można je podglądać z odległości nawet kilku metrów. Ten był od nas 5-10 metrów.
Spotkaliśmy jeszcze matkę z dzieckiem.
Niestety w październiku po skończonym monsunie trawy są bardzo wysokie, gorzej podgląda się zwierzęta. Nam udało się ujrzeć nosorożce, małpy i jelenie, niestety tygrys był wtedy gdzie indziej... może to i lepiej? :)
Safari trwało ok. 2-3 godzin, skończyło się tuż przed zachodem słońca, który swoją drogą na tej szerokości geograficznej trwa jakieś 15 minut.

Typowy widok w mieście przyległym do parku Chitwan. ;)
Ciekawostka: kilka dni po powrocie z Nepalu włączyłam przypadkiem TV (a rzadko mi się to zdarza) i leciał program o nosorożcach m.in. z Nepalu! Pokazywano Chitwan, wycieczki na słoniach i tego typu rzeczy. Mówiono też o tym, że miejscowi zbierają z odchodów nosorożców trawę i palem to razem w tytoniem...

To tyle jeśli chodzi o nepalską dżunglę. Stamtąd wybraliśmy się do Pokhary, a potem na prawie 2-tygodniowy trekking wokół Annapurny, o czym będzie następny post.

Zainteresowanych zapraszam!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz