środa, 18 listopada 2015

Katmandu, czyli czas start. Nepal cz.1/5


Po żmudnej przeprowadzce do innego miasta i roku 'relaksu' po męczących studiach przyszedł czas... na urlop! W końcu bilety były kupione pół roku temu, nasza podróż nie wyszła niespodziewanie, było sporo czasu by się do niej przygotować - przede wszystkim fizycznie, w końcu urlop urlopowi nierówny. Ciężko nazwać nasz miesięczny pobyt w Nepalu wypoczynkiem, bo było to bardziej męczące niż relaksujące, ale jeśli się chce zobaczyć i przeżyć coś naprawdę niezwykłego, trzeba się trochę wysilić.

Rozpoczęliśmy oczywiście od
stolicy Nepalu - Katmandu. Po 23 godzinnej podróży samolotem, z przesiadką w Katarze, dotarliśmy w końcu do celu. Najadłam się po drodze trochę strachu, bo mieliśmy godzinne opóźnienie na jednym z lotnisk spowodowane przez 'problemy techniczne samolotu', ale z drugiej strony tak poważne linie jakimi są Qatar Airways nie mogą sobie pozwolić na żadne poważne usterki... tak też było. I również - po wygłaskanym lotnisku w Doha czy nawet naszym niczego sobie Okęciu, lotnisko w Katmandu było zapowiedzią tego co nas czeka - mnóstwo niewielkich rozmiarów ludzi, ciągłe czekanie, czystość pozostawiająca wiele do życzenia, ale również i spokój i poczucie (względnego) bezpieczeństwa.

Udało się nam znaleźć przyzwoity hotel, gdyż przy dwugodzinnym oczekiwaniu na odbiór bagażu zaczepił nas pewien jogin-kosmopolita (miał 3 paszporty i 4 w trakcie wyrabiania) i razem pojechaliśmy do hotelu jego znajomego, który znajdował się przy Patan Square - jednej z ładniejszych miejsc w całej stolicy.

Zostaliśmy tam tylko dwa dni, bo prędko nam było do oglądania reszty kraju, ale sporo czasu spędziliśmy w tym mieście pod koniec wycieczki. Pokazuję wszystkie zdjęcia - zarówno z początku, jak i końca naszego pobytu w Nepalu.

fotografował Piotr K. oraz ja

Lotnisko w Katmandu - garstka turystów, reszta to Nepalczycy wracający z pracy w Katarze; wszyscy przywieźli też ze sobą płaskie telewizory. Pierwsza moja myśl: macie Himalaje i chcecie oglądać telewizję?!
Widok z naszego hotelu na Patan Square (tuż po przybyciu).
Tak wyglądał nasz pokój, którego użyczył nam nasz jogin (odstąpił nam nawet łóżko, sam spał na materacu).
Widok z okna o poranku.
Codzienne pogadanki na Patan Square. W Nepalu dominuje hinduizm (ok. 85%), stąd te piękne stroje kobiet.
W drodze na targowisko.
Sprzedawano kwiaty...
... i owoce.
Zabytkowa świątynia w dzielnicy Patan. Niestety część budowli uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w kwietniu tego roku.


Następnego dnia rano wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najlepsza metoda zwiedzania miast (moim zdaniem) to określenie kilku miejsc, do których się chce dotrzeć i po prostu się tam idzie - bez mapy oczywiście. Gwarantuję zgubienie się co najmniej 3 razy i dzięki temu można ujrzeć naprawdę ciekawe miejsca.
Dzielnica Patan pełna świątyń.
Niestety gołębie są wszędzie.
Nasz jogin o imieniu Sean, kazał nazywać siebie Shivą (hinduistycznym bogiem) albo Jezusem. Muszę przyznać, że nawet trochę tak wyglądał.
Sio!
Ulice Katmandu. Nie wiem gdzie, bo się zgubiliśmy.
Nepalczycy w głównej mierze utrzymują się z turystyki w każdym możliwym aspekcie - od hoteli i restauracji, przez usługi turystyczne i trekkingowe, po sprzedawanie wszystkiego co się da. Często los takiego sprzedawcy zależy od tego, czy takiemu turyście uda się wcisnąć jakąś bardziej albo mniej potrzebną pamiątkę. Ja nie jestem zwolenniczką kupowania 'zbieraczy kurzu', ale z drugiej strony chcieliśmy bardzo wesprzeć ten kraj, który ucierpiał bardzo po trzęsieniu ziemi, a także mający wyjątkowo kiepski sezon turystyczny. Dlatego kupiliśmy co nieco. Muszę jednak przyznać, że bardzo podobały mi się ich rzeczy - nie dość, że ręcznie robione w samym Nepalu, nie takie bardzo drogie (to jest oczywiście względne), to naprawdę są dobrze wykonane.


Wszędzie można kupić ręcznie robione w Nepalu (!) pamiątki - maski, modlitewne młynki, śpiewające misy, uchwyty do drzwi, imbryki, wyroby z turkusu i wiele innych...
Gdzieniegdzie między budynkami widać zburzony budynek.


W całym kraju jest pełno bezpańskich psów. Nie ma o co się martwić - nie są niebezpieczne, a wręcz bardzo sympatyczne, mimo że traktowane są przez miejscowych... jak psy.
Zaglądam do jednej ze świątyń, a tam pies!
Buddyjska stupa gdzieś na Patanie. Jest to rodzaj budowli sakralnej symbolizująca stan oświecenia. Więcej informacji TU.
Typowy nepalski sklepik - mała klitka z wiszącymi chrupkami, na półkach słodycze, ratująca życie cola i parę innych rzeczy.
Jedna ze starszych dzielnic Katmandu - Durbar Square - niestety w ruinach.
Taki jest los kóz i innych zwierząt podczas święta Dashain. Więcej o tym w następnych postach.
Plątanina kabli to codzienność.
Uliczni sprzedawcy owoców. Targają na rowerach wielkie kosze pełne owoców, by sprzedać - nierzadko - zaledwie kilka sztuk dziennie.
Kadzidełka przy hinduistycznej świątyni. Na ulicach woń kadzideł miesza się ze smrodem śmieci i ścieków.
Typowy widok - pies odpoczywający przy drodze otoczony śmieciami. Nieczęsto psy te zostają potrącone przez skutery wariacko wirujące ulicami miasta.
Lokalni zdają się nie zwracać zupełnie uwagi na ruiny.
Codzienność.
Oto Garden of Dreams - prawdopodobnie najczystsze miejsce w całym Katmandu.
Chip czy Dales?
Wieczorny spacer po mieście przy pełni księżyca.
Jak w skrócie oceniam miasto? Brud, smród, chaos i codzienna walka o przetrwanie mieszkających tam ludzi, zapach kadzideł i śmieci, który kręcił dość przyjemnie w nosie, hałas i zgiełk, a przy tym eleganckie kobiety w kolorowych sari. Nie umiem powiedzieć czy mi się tam podobało czy nie, miało to swój niesamowity klimat i urok, cieszę się, że tam byliśmy, ale cieszę się też, że mnie tam już nie ma. To jest zupełnie coś innego niż nasze miasta i ktoś, kto był w jakimś azjatyckim bądź afrykańskim mieście może to potwierdzić - ciężko opisać słowami, trzeba to przeżyć. ;)

Po wizycie w Katmandu, wybraliśmy się do dżungli. Bardzo chciałam poznać miejscową przyrodę i pierwotnym celem był Park Narodowy Bardia, jednak przez kryzys paliwowy musieliśmy jechać do bliżej położonego Chitwan - i bardzo dobrze! Było to jedno z moich ulubionych miejsc i zrobiło to na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Ale o tym następnym razem.

Stay tuned!

A.




1 komentarz:

  1. Świetnie się to czyta i ogląda. Od dziś jestem Twoją fanką. Podziwiam Cię i trochę... zazdroszczę. :)
    Powodzenia i czekam na kolejne relacje.
    Pozdrawiam Aga

    OdpowiedzUsuń