wtorek, 22 października 2013

Miejsce przypominające raj.

Ach, Gili...

Słowem wstępu: Gili to kilka niewielkich (ok. 1 km średnicy) wysp położonych u wybrzeża wyspy Lombok niedaleko Bali. 

zdj. pochodzi z: http://divezone.net/travel/gili-islands-lombok
Łatwo dostać się z Bali łódką, gdyż wiele firm oferuje transport w dwie strony. Niestety zdarzają się nieprzyjemne sytuacje (jak wszędzie) i
firmy przewozowe z dnia na dzień podnoszą ceny o kilkaset procent, aby następnego dnia znów je obniżyć (za wymówkę mają wzrost ceny paliwa; a potem nagle spada?!). Nam akurat się udało i dostaliśmy się tam w dobrej cenie, chociaż tak naprawdę to Dziewczyny wypatrzyły tą ofertę. Jednak jako że wybierały się tam dzień po nas, spotkała ich wyżej opisana sytuacja i w dniu wyjazdu, spakowane i gotowe do startu musiały na gwałt szukać innego przewoźnika niestety za 3 razy większą kwotę... bardzo mi było ich żal, zwłaszcza, że akurat nam się udało. I to właśnie zapoczątkowało szereg nieprzyjemnych sytuacji związanych z ustalaniem cen i przykrym wyłudzaniem na każdym kroku, aż do końca podróży.

Mimo, że udało nam się z ceną, to był moment kryzysowy podczas rejsu tzw. speedboatem. Nigdy nie miałam choroby morskiej, jednak pod koniec rejsu przytrzasnęłam sobie palec w toalecie, poszła krew, spory ból i kiedy usiadłam na miejscu, zobaczyłam tą sączącą się krew z paznokcia i to wszystko w rytmie sporych fal i huku silnika - zzielenieliśmy obydwoje. Nikomu nie życzę takich nudności! :) Nie było to zwykłe zbieranie się na wymioty, lecz COŚ OKROPNEGO, czego nie życzę nawet wrogowi - zawroty głowy, chęć wymiotowania na zmianę z zimnymi potami i mroczkami przed oczami...brrr! Na szczęście do brzegu nie było daleko i chcąc wydostać się jak najszybciej z łódki, wysiedliśmy na innej wyspie niż planowaliśmy - Gili Air zamiast na sąsiedniej Gili Meno. Spontan, spontan dobry jest. Tutaj zaprowadził nas los :)

Postawiwszy stopę na nowym nieznanym lądzie, pierwszym zmartwieniem było znalezienie jakiegoś noclegu. Z doświadczenia wiem, że nigdy nie wolno pochopnie ładować się do pierwszego hotelu w miejscu, gdzie jest ich multum, bo każdy następny okazuje się trochę tańszy (i lepszy). Dlatego zamiast szukać hotelu, postanowiliśmy dać się odszukać jemu. Stojąc na brzegu i delektując się pierwszymi minutami na mikro-wyspie, gdzie nie ma w ogóle silników, tylko transport pieszy, rowerowy i konny, podszedł do nas kręconowłosy opalony młodzieniec i zaoferował nocleg. Jako, że cena brzmiała dobrze (naprawdę! a spodziewałam się nie-wiadomo-czego), postanowiliśmy na razie tylko obejrzeć to lokum. Przeszliśmy ten kilometr na drugi koniec wyspy... i znaleźliśmy się w najdzikszym miejscu wysepki z cudownymi bungalowami przy samej plaży i bez większego zastanowienia przyjęliśmy ofertę - jak się potem okazało, był to chyba najlepszy możliwy wybór. Hotelik w najspokojniejszym miejscu, niedaleko (w sumie wszędzie jest tam blisko...) świetne miejsca nurkowe, przyzwoity domek, toaleta i prysznic pod otwartym dachem (w czasie deszczu kąpiemy się w deszczówce), do tego śniadanie w cenie - czyli najlepsze jakie w życiu próbowałam banany i ananasy w kilku wydaniach - naleśniki, soki, tosty. No po prostu miodzio!

Tak, tak, udało nam się - portowa, czyli druga część wyspy była o wiele bardziej głośna  i zatłoczona, a my mogliśmy nie robić nic i delektować się rajskimi widokami. Co prawda i tak wolę góry, ale muszę przyznać, że bardzo mi się tam podobało. Nawet zostaliśmy dzień dłużej! A dotarliśmy tam dzięki rekomendacji naszej koleżanki K. - dzięki!

Ach, Gili...

Pisząc 'hotel' mam na myśli takie właśnie domki ze słomianym dachem. Nie ma tam potrzeby budowania wielkich murowanych piętrowych budynków, lecz stawia się tam małe bungalowy. To akurat jest restauracja, ale zaraz po lewo były domki mieszkalne z cegły. Łudziliśmy się, że to my będziemy tam mieszkać, jednak prawdziwymi mieszkańcami było całe mnóstwo innych żywych stworzeń, do których się po prostu wprosiliśmy :)
Restauracjo-baro-chill-leżanka.
W końcu można było NIE ROBIĆ NIC.
Na brzegu martwa rafa.
Muszelki!
Mmmmm... tego smaku się nie zapomina!
Ryba prosto z oceanu.
Sałatka z kurczaka i ananasa w ananasie - pycha.
Zabudowa na Gili.
Relaks...
To akurat nie nasza toaleta, ale żadna nie miała dachu. Nocą można podziwiać gwiazdy podczas... wiadomo.
Marzenie niejednego...

Kuchnia włoska jest wszędzie! Czyli... Biba :]
Konie i rowery - zero silników, zero hałasu, zero spalin.
Ananasy, kokosy, papaje, banany.
Zachód słońca.


Tradycyjne indonezyjskie łodzie.

Tak oto wyglądały mieszkalne bungalowy.
Stolik w restauracji :)
Zdrówko!
Mieszkaniec naszego bungalowu. Miał ponad 20 cm... ale przynajmniej zjadał komary.
Prysznic pod gołym niebem.



Moczę girki. W tle wyspa Lombok.
Młode kokosy pod domem.
Było to zdecydowanie miejsce najbardziej przypominające raj, w którym w życiu byłam. Oczywiście w głębi wyspy też było sporo śmieci, jednak ten rajski klimat, spokój od narzucających się sprzedawców byle czego, od turystów (jacyś tam byli, ale nasza część wyspy była w miarę spokojna), najpyszniejsze tropikalne owoce, palmy, niska zabudowa, czyste spokojne morze i piękne rafy! (popłynęliśmy na rejs łódką w poszukiwaniu żółwi i innych stworzeń; nie zabrałam aparatu ze względu na ryzyko zalania wodą bądź wylądowania w niej, ale widoku pięknych morskich żółwi, kolorowych raf nikt mi nie zabierze - a po nurkowaniu byliśmy poparzeni przez mikroskopijne meduzy, których wszędzie było pełno, ale nikt ich nie widział)  spełniły nasze marzenia o rajskiej wyspie. Szkoda tylko, że nie zdołaliśmy spotkać się z Dziewczynami, które stacjonowały na wyspie obok - ale magiczne prądy odcięły mi zasięg i nie mogłam się do nich z żadnego telefonu dodzwonić...

Ale następnym razem pojadę na bezludną. ;)


Tymczasem kolejne foty będą z dalszej podróży po Bali. Zapraszam!

J.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz