piątek, 25 października 2013

oBALIć mit.


Przede wszystkim :

BALI TO NIE RAJSKA WYSPA, JAK SIĘ WSZYSTKIM WYDAJE.

Wcale jednak nie znaczy, że jest brzydka i nieciekawa - nie, nie! Na pewno jest egzotyczna. Ale rajska w moim mniemaniu nie jest w ogóle. Dlaczego? Po pierwsze
jest w niej coś, czego unikam jak ognia - masa turystów... nie improwizujących i sypiających po hostelach backpackerów, ale gotowych zapłacić sporą sumkę za byle 'rozrywkę' Australijczyków i grubych (ups!) Niemców. Inni też oczywiście są, ale tamci się najbardziej rzucają w oczy. W związku z tym, że wyżej wymieniona grupa ludzi jedzie tam, by wydawać pieniądze, a wszystko jest STOSUNKOWO tanie - Balijczycy oszaleli i ceny oczywiście są kilka razy wyższe niż np. na Jawie (wcale mnie to nie dziwi - skoro sprzedawca sukienek kupuje sukienkę za 80 centów, to zarobiłby już na 2 dolarach za sztukę, ale jeśli wymyśli sobie dziwnie wielką sumę np. 10 dolarów i i tak znajdzie się zadowolony nabywca, że "tanio", to czemu by nie sprzedawać po takich cenach? logiczne). Co prawda i tak nie jest aż tak drogo, jednak denerwujące jest to ciągłe walczenie o jakąś sprawiedliwą cenę, zwłaszcza po 2 tygodniach zapoznawania się z cenami na Jawie... bo i tak znajdzie się ktoś, kto kupi to tu drożej (np. Australijczyk, który nie dość, że jest z bogatego kraju, to jeszcze doleciał tam za jakieś 100 dolarów - a nie za 1000 jak Niemiec).

Kolejna nieprzyjemna sprawa, to 

owiana tajemnicą publiczna komunikacja miejska lub jej brak (?).

To znowu chyba przez tych turystów. Balijczycy wzbogacili się na tyle, że mogą pozwolić sobie na swój samochód i nie potrzebują jechać autobusem do świątyni - to raz. Dwa - skoro miliony (!) turystów jeżdżą grzecznie w te same miejsca, bo tak jest napisane w przewodniku albo tak im polecają znajomi - dlaczego by nie zorganizować firmy przewozowej, która zawiezie komplet ludzi od - do? Zwiedzając po drodze jezioro, zatrzymując się też przy okazji w jakiejś ciekawej restauracji - gdzie oczywiście delikwent płaci sobie sam. I tak właśnie wykształciło się zjawisko 'shuttle busów' (z ang. shuttle - przerzucać), które WSZYSTKIE bez względu na firmę, cenę i właściciela jeżdżą w konkretne miejsce o tej samej godzinie - co było dla mnie nie lada szokiem, no i utrudnieniem. Chcąc jechać o 8 na północ, musieliśmy trochę nakombinować, bo wszystkie shuttle busy jechały o 11... (nie wiem dlaczego).
A właśnie - jak dostaliśmy się na północ wyspy? To jest kolejny dowód na to, że nie potrzebne są tam nikomu publiczne autobusy - można wynająć sobie kierowcę. Bardzo się opierałam przed tym pomysłem (narzuconym nam z góry...), bo i cena wyższa, i nie ma elementu zaskoczenia, ale co mieliśmy zrobić? Na pewno nie zostać w tym znanym Ubud, które jest (podobno) stolicą kulturową wyspy, gdzie znajduje się małpi las, mieszka i tworzy pełno artystów, muzyków, malarzy, tancerzy... może byłam tam zbyt krótko, ale nie zauważyłam by to miasto wyróżniało się swoim klimatem, bo tak jak wszędzie nawalone było sklepów z suwenirami, biurem wycieczek i innymi naciągaczami. Małpi las też jakiegoś wrażenia na mnie nie wywarł, mimo że biegały tam sobie swobodnie makaki, ale podobno gryzą, więc woleliśmy trzymać się od nich z daleka. Dobrze, że miałam zoom w aparacie. :)

Dlatego zmyliśmy się stamtąd jak najszybciej, a naszym celem była słynna świątynia Bratan na północy Bali. Tutaj wyszło kolejne rozczarowanie:

Bali jest zatłoczona, brudna, a najsłynniejsze miejsca są przereklamowane.

Najsłynniejsze miejsca, budynki, świątynie - hmm, warto zobaczyć jak się tam jest, ale czy jest to tak piękne, jak opisują w przewodnikach? Ciężko powiedzieć. Może i podobałoby mi się tam bardziej, gdyby nie trzeba było się przepychać z Japończykami, by zrobić sobie zdjęcie przed świątynią, gdyby nie było mnóstwa śmieci na ulicach (i tak jest tam lepiej niż na Jawie!). Poza tym świątynia Bratan? Czy to zasługuje na pierwsze miejsce na okładkę przewodników o Bali? Dyskutowałabym. Może miałoby to swój czar - mnie to zniechęcało. Większym wrażeniem było uświadomienie sobie, gdzie jesteśmy, niż sam fakt jak się nam tu podoba. (A Wy nie marzyliście nigdy o Bali? przyznać się! :] )
Co poza tym? Jest zatłoczona od mieszkańców (ok. 3.5 mln), zatłoczona od turystów. Nie lubię.

Nieszanowanie zwierząt.

Nie chcę powiedzieć, że my jesteśmy dobrzy, a oni źli. Mamy tyle samo na sumieniu co oni. Jednak dalej czekam na miejsce, gdzie zwierzę będzie swego rodzaju kultem (może czas na Indie?). Bo tam liczy się tylko pieniądz (u nas przecież też, świnki i kurki w klatkach, hmm, ale przynajmniej przeciętny obywatel szanuje swojego psa, kota czy chomika) -  zwierzęta takie jak łaskuny, kurczaki, ptaki, koty chowane są w klatkach. Jedne na biznes (łaskuny to te od zjadania kawy i od SARS...), inne jako zwierzęta domowe (np. taki kotek będzie w domu, ale w klatce), o psach nie wspomnę - bo jak to napisała Pawlikowska, są to istoty między światami, nikt o nie nie dba, nikt się nimi nie przejmuje, chodząc po ulicach chore, głodne, bezdomne. Zastanawiam się czy tam w ogóle mają weterynarzy?

Oto były moje rozczarowania.
Na koniec powiem, że nie żałuję swojego czasu na tej wyspie, bo chociaż nie zobaczyłam tego, czego oczekiwałąm, to cieszę się, że mogłam przekonać się jak tam jest NAPRAWDĘ. Nie można się nie zgodzić, że jest to bardzo egzotyczna (nie rajska!) wyspa, dowiedziałam się jak rośnie kawa na plantacji czy goździki, jak wygąda łaskun, po co leżące na ziemi kwiaty zawinięte w palmowy liść (ofiara dla demonów) i wiele więcej. Jednak rozczarowała nas na tyle (zwłaszcza po Gili!), że postanowiliśmy wrócić na Jawę i zdobywać wulkany. Tak też się stało.

Osobiście ślubu bym w tym miejscu nie wzięła (nie że mam jakieś plany), chociaż jest to teraz bardzo modne - no chyba, że może trzeba lepiej poszukać. Jednego nie można jej odebrać - jest świetnym miejscem na uprawianie wszelkich sportów wodnych - kitesurfing, surfing, windsurfing, nurkowanie i inne. Nie byłam przygotowana na to finansowo, więc niestety pominęłam te rozrywki, ale dla amatorów tych sportów można polecić parę miejsc, zwłaszcza Kutę.

To tyle.

Teraz Bali w moich obrazkach.

Jedno z hinduistycznych bóstw, ale nie wiem które.
Świątynia w Lesie Małp w słynnym Ubud.
Makak.

Turyści, turyści.
Małpia rodzina - ja wolałam trzymać się z daleka.
Tarasy ryżowe w Ubud.
Ja paczę komu by tu podkraść banana...
Legenda o Czarnym Lwie (dobry) i Białym Potworze (zły).
Balijski teatr tańca do muzyki Gamelan. Niesamowicie hipnotyzujący.

Tarasy ryżowe - największy urok Bali. Dowiedzieliśmy się, jak rośnie ryż! :D
Znowu motyw kwiata Frangipani.
Typowa balijska architektura. W przeciwieństwie do Jawy obowiązuje tu hinduizm. To akurat świątynia.
Kolejna świątynia - poziomy dachu to poziomy ludzkiej świadomości.
Niestety - na plantacji kawy trzyma się łaskuny (albo inaczej cywety, te od SARS) w klatkach, wypuszcza nocą by jadły słodkie i czerwone (!) ziarna kawy, a potem zbiera się niestrawione resztki z ich odchodów i robi najdroższą kawę świata. Spróbowałam, mniam.
Kawa...
Pani parzy specjalnie dla mnie Kopi Luwak, czyli najdroższą kawę robioną z kupy (świat jest pełen absurdów...).
Wydawało mi się, że mówili, że to kakao, ale mój mądry kolega twierdzi, że to jest papaja. Więc już nie wiem.
No i gwiazda wieczoru - kawa! czerwona dojrzała, bardzo słodka, dlatego łaskuny ją lubią.
Helikonia.
Wcale nie jest do góry nogami :]
Tarasy ryżowe w sercu Bali.
Słynna świątynia Puru Ulun Danu Bratan.

Zebranie modlitewne hinduistów przy świątyni Bratan.

Typowy indonezyjski obiad... bez cola coli chyba by mnie już tu nie było (świetnie dezynfekuje).
Awokado!
Kolejne tarasy ryżowe.

A tutaj znowu małpy. Wszędzie ich pełno i się panoszą jak nie wiem co....
Nie wiem czy ten kurczak był w ofierze czy dla ozdoby, ale nie podoba mi się to...
Ananasy!!!
Czas pożegnać się z wyspą i wracamy na Jawę. Prom płynął jakieś 30-45 minut i kosztował chyba z 2 złote :)
Biali na Bali.

Pozdrawiam!

J.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz