sobota, 12 października 2013

Pierwsze oblicze Jawy.

Kiedy jesteś na Jawie pod opieką miejscowych, możesz poznać to lepsze oblicze wyspy. Wydaje ci się, że traktują cię jak króla, są niesamowicie uprzejmi, służą pomocą, a naciągacze szwędają się tylko po bazarach i bardziej turystycznych miejscówkach. I tak jest! Podczas pierwszych dwóch tygodni byliśmy traktowani prawie jak bóstwa, studenci Jawajczycy poświęcali nam swój czas, służyli pomocą, traktowali jak rodzinę, nie pozwolili byśmy gdzieś się zgubili, słowem - dbali o nas jak o bogów. Tym samym, lokalesi serwujący różne usługi w mieście, widząc nas pod opieką 'swoich' nie śmieli zbytnio naciągać nas na dziwne sumy i dziwne towary. W sumie kupowaliśmy w miarę po cenie, bez zbędnego targowania i nie wydaje mi się, że ktokolwiek próbował nas oszukać. Sprawa miała się inaczej, kiedy zapuściliśmy się ponownie na Jawę, tym razem na własną rękę...

Cieszę się, że miałam możliwość ujrzenia dwóch oblicz tej pięknej, chociaż przeludnonej wyspy - jedno magiczne, pełne odkrywania tajemnic miejscowych, poznawania obrzędów i miejsc 'od środka'. Drugie oblicze było czysto turystyczne i tak naprawdę dopiero wtedy dowiedziałam się, jak 'ciężko' mają biali ludzie w Azji... Nie dość, że nie mogliśmy się odgonić od sprzedawców bananów, ananasów, zup z kurczaka, japonek, podrobionego batiku i miliona innych bibelotów, to jeszcze wciskali nam je w śmiesznych cenach - miałam wrażenie, że widząc białego człowieka (nie daj boże interesującego się twoim towarem!) dostawali jakiegoś szału, wyrastały im skrzydła i wypowiadali dowolną sumę, jaka im przyszła na myśl - na przykład, banan wart x, został nam zaoferowany za jedyne 30x i bardzo się dziwili, że nie chcemy zapłacić! Oczywiście z łatwością poszło wytargowanie o 50% początkowej ceny, ale i tak wychodziło jakoś śmiesznie drogo, zwłaszcza że z lokalesami kupowaliśmy prawie jak za darmo (takie tam są ceny...). Niestety zaczęło nas to bardzo denerwować, bo miałam wrażenie, że nie rozumieją jak ważne jest by pokazać swój kraj z jak najpiękniejszej strony i zachęcać kolejnych turystów do odwiedzania, to zakładali, że spotkanie białasa to ich jedyna okazja na jakikolwiek zarobek i kantowali na wszystkie strony uśmiechając się przy tym naiwnie, że naprawdę zapłacimy im te ich wyuzdane sumy. A wyobraźcie sobie, jakie było ich rozczarowanie, gdy dowiadywali się, że znamy właściwe ceny? Niestety, na to też mieli sposób i wypowiadali po prostu - "for local people 1000 rupia, for tourists 2500 rupia". Ale ja się nie dawałam :) (przynajmniej nie zawsze). I tak pewnie zrobili mnie ze sto razy w bambuko, ale ile mogłam, to wywalczyłam.

No dobrze, teraz trochę zdjęć ze zwiedzania Jawy w okolicach Yogyakarty. Słowem tylko wspomnę, że w centrum muzłumańskiej Jawy znajdują się dwie największe na świecie świątynie innych religii - buddyjska Borobudur i hinduistyczna Prambanan. I stoją tam ze sobą w zgodzie, nikt ich nie burzy, nie niszczy, a zbudowane zostały w poszanowaniu przez sułtana wybranka swojej córki (hinduistyczna) i części swoich podwładnych (buddyjska) - czy jakoś tak :]

Hinduistyczna świątynia Prambanan.
Niestety po trzęsieniu ziemi w 2006 roku pozostała tylko niewielka część świątyni.
W tle Prambanan widać czynny wulkan Merapi (ostatnia erupcja w 2010 roku).


Z moją ciemnowłosą sisi.
Camping pod czynnym wulkanem Merapi w pierwszy dzień? To był rzut na głęboką wodę :)
Hmm...
Teatr Ramayana opowiadający o legendach Ramy i Yana - cała historia znajduje się na płaskorzeźbach świątyni Prambanan.
Fenomenalne widowisko.
Prambanan nocą; widok z teatru Ramayana.


Po spektaklu można było robić sobie zdjęcia z tancerzami. Mimo tego dla miejscowej ludności największą atrakcją byliśmy my - biali ludzie :)
Kwiat plumerii białej.
Kupujcie pamiątki, kupujcie (tu tradycyjne ręcznie malowane jawajskie figury).
Sprzedawca pamiątek w Yogyakarcie.
Co prawda, nie był to sezon na duriany...
Aby żyć w przeludnionym kraju, trzeba sprzedawać wszystko. Tutaj chyba były to orzeszki.
Tutaj przed drugą świątynią-gigant - buddyjska Borobudur (!).
Wszędzie posągi Buddy - niektóre straciły głowę...
Czasem słońce, czasem deszcz.
Widok na dżunglę z Borobudur.
Salaki! Pyszne owoce w skórze węża.
Łowimy ryby!
Plaża dla miejscowych nad oceanem - żadnej nagości, żadnego bikini.
Pożegnalna kolacja. Jako, że był Ramadan - czekaliśmy do zmroku.


Nad Oceanem Indyjskim.

Oficjalne pożegnanie. Świetny czas!

Tak oto skończyła się nasza przygoda z wolontariatem. W końcu przyszedł czas na wymarzone, wyczekiwane od dawien dawna... BALI!


Ale to następnym razem :)


PS. To, że nie ujawniam tej wycieczki z perspektywy kilku osób, które tak naprawdę zainicjowały całe zdarzenie, nie znaczy że nie chcę o nich pamiętać albo że nie było ich w ogóle. Wiem, że niezbyt chętnie podchodzą do ujawniania ich twarzy w internecie i uszanuję tę prywatność. Ale podkreślam - był to wyjazd grupowy, trzymałyśmy się razem i bawiłyśmy się razem, wybieram jednak te fotografie, które nie naruszają prywatności Dziewczyn. A przypadkowi ludzie pojawiający się tu i ówdzie (np. pacjent) - no cóż, mam nadzieję, że się nie obrażą. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz