piątek, 15 listopada 2013

Niezwykła przyroda.

To, że jestem miłośnikiem natury, każdy kto mnie zna wie. Również od dziecka interesowałam się, gdzie mieszka gepard i miś polarny, chciałam wiedzieć jak pszczoły robią miód i inne tego typu historie. Discovery leciało na zmianę z bajkami (tak w sumie jest do dziś...). Nie ukrywam, że tropikalna, indonezyjska przyroda bardzo mnie ciekawiła i bardzo zafascynowała - nie ma się co dziwić, w końcu nie ma tam okresu zimowego letargu, gdzie wszystko zamiera i rodzi się na wiosnę. Nie - tam cały rok, a w rezultacie CAŁY CZAS kwitnie życie, rosną i rozmnażają się zwierzęta, rolnicy 2-3 razy w roku zbierają plony, banany wiszą na palmach i w grudniu i w lipcu, a także pająki i inne komary szaleją jak im się podoba.

Tak się jakoś złożyło, że po zakończeniu naszej wycieczki po wulkanach, zapragnęliśmy wybrać się na drugi koniec wyspy (czas do odlotu się zbliżał, trzeba było też zbliżyć się do lotniska). Jest tam kilka pięknych parków narodowych, plantacje herbaty, 'czyste górskie powietrze" (wg przewodnika!). No to давай! I pojechaliśmy.

Przemieszczaliśmy się głównie pociągiem, co jest moim ulubionym lądowym transportem - także najbezpieczniejszym; poruszanie się po drogach w Indonezji (jak i pewnie w całej Azji) to jest przeżycie pełne skoków adrenaliny porównywalne do wyścigów Formuły 1, na pewno nie nadają się do tego ludzie o słabych nerwach (mi się podobało!). Pociąg zaś pozwala uniknąć ryzyka utknięcia w korku czy po prostu wypadku (o co nietrudno przy tym stylu jazdy), można w trakcie jazdy zrobić siusiu i podziwiać pola ryżowe przez okno. Co ciekawe, bilety na pociąg są tanie - jak wszystko, można kupić miejsce w jednej z trzech klas, a po zakupie takiego bileciku trzeba go okazać przed wejściem na peron (!) co - uwierzcie mi - zapewnia świetny porządek w tym całym systemie. Aż dziwnie! :) Czasem trzeba nawet wziąć numerek jak w urzędzie pracy, żeby podejść do kasy czy informacji. Nie zdziwi chyba nikogo informacja, że byliśmy (a raczej JA byłam) zagadywana przez miłych, lecz bardzo zdziwionych naszą obecnością w pociągu lokalesów, którzy cieszyli się jak dzieci na parę wyuczonych w ich języków słów - zwłaszcza 'sikat gigi di putar pelan pelan", czyli "myć zęby szczoteczką robiąc kółka".  Trochę męcząca była OKRUTNA klimatyzacja, w przedziale było chyba z 15 stopni, co nie jest najlepsze, gdy na zewnątrz jest tropikalny upał. A hitem jest to, że konduktor w pociągu sprawdza bilet w obstawie dwóch uzbrojonych żołnierzy... A u nas? :)  

(tak a propos przypomniało mi się, jak wracaliśmy już z lotniska w Warszawie do Poznania - zmęczeni i brudni po dwudniowej podróży z drugiego końca świata, a akurat w naszym pociągu jechali kibice Legii na mecz do Szczecina... odezwać się wśród kiboli Legii, że jest się 'Pyrą' to naprawdę szczyt odwagi... ale mi już było całkiem obojętnie, żeby myśleć o tym; na szczęście kibice Legii - z jednym pijanym wyjątkiem - okazali się MIŁYMI ludźmi, rozmawiali, ustąpywali miejsca do siedzenia, a nawet częstowali czekoladkami ;] niestety w zamian musiałam słuchać śpiewów i krzyków, że "Legia, Legia pany...")

Naszym przystankiem zostało miasto Bogor, do którego trzeba było dostać się przez syfiastą stolicę, gdzie wielkie wieżowce wyrastają wprost ze slumsów. Bogor to taka miejscowość wypoczynkowa dla mieszkańców Dżakarty, wielu z nich ma tam domy czy po prostu jeździ na weekend.
Znajduje się tam ex-holenderski ogród botaniczny, który ma także filię przy parku narodowym oraz dość znany w tych rejonach park safari. Niestety, nie dotarliśmy już do parku, bo w chwili przyjazdu zamknięto nam przed nosem bramy. Ale przynajmniej zobaczyliśmy trochę zwierząt na safari - w tym przecudowne małe orangutany, lwy, lamparty i tygrysy. Tylko po co więzić takie majestatyczne zwierzęta?...

A teraz zapraszam do zdjęć.

Jak widać - kotki też są, ale mają śmiesznie podkręcony ogon.
Ach, ta roślinność niepohamowanie rosnąca we wszystkie strony.
Nasz kolega na kempingu.
Pajączek znajduje się w prawym gównym rogu. To tak dla porównania jakiej był wielkości.
Taki tam, podobno niegroźny...
Uwielbiam siłę tropikalnej zieleni.
Wspominane już wcześniej - moje ulubione kwiaty plumerii białej, obłednie pięknie pachnące.
Duriana w Polsce się niestety (a może i na szczęście?) nie spotka. Jest to podobno najbardziej cuchnący, ale świetny w smaku, owoc świata. Te aż tak bardzo nie śmierdziały (ale nie było na nie sezonu). Ale pachną zgniłym jajem.
Duriany najlepsze są w grudniu, w lipcu nie ma ich zbyt wiele i to jest jedyne stoisko, gdzie je widziałam. Ale nie kupiłam.
Banany... ilość gatunków przyprawia o zawrót głowy.
Tak wygląda PRAWDZIWY banan.
Kto nie jadł nigdy tropikalnego banana, ten nie wie jak banan naprawdę smakuje. Cienka skórka, żółciutki w środku, a smak - mmm... nie do opisania.
Żółte, zielone, duże i małe - wszystkie wspaniałe.
Ananasy też są przefantastyczne i nic się im nie może równać.
A tak rośnie ananas.


Dojrzały ryż - wygląda jak zwykłe zboże.
A oto młody ryż - potrzebuje dużo wody, dlatego pola ryżowe są często 'zalane'.
Nasz ulubiony napój - sok z tropikalnych owoców.
Waran w ogrodzie botanicznym. Wcinał właśnie skorpiona.
Jeszcze jedno ujęcie.
Nietoperze? W biały dzień?
Toż to jakiś latający pies, nie nietoperz! OGROMNE są.
A oto kolega gekon - strażnik kibla.
Tygrys sumatrzański - niestety wybity przez ludzi.
Tak wygląda cyweta (łaskun) - ten od kawy i SARS.
Makaków też u nas nie ma... :)
Takim autkiem jeździliśmy po safari.
Były lwy... biedne zwierzęta.
...i tygrysy...
...odpoczywające w cieniu orangutany...
...nawet śnieżna pantera (irbis)! Bardzo rzadko i nieuchwytny gatunek. Naturalnie występuje w Himalajach i tam chciałabym je oglądać, a nie w zoo w tropikach...
Teraz czas na mini zoo - do pogłaskania były dzieci wyżej wymienionych zwierzątek. Na pierwszy ogień poszedł agent numer jeden - mały orangutan, który wszędzie szukał zaczepki, ode mnie akurat uciekał (dlaczego?), pięknie pozował do zdjęć, a na koniec zwiał z terrarium i wydusił całe mydło znad umywalki. I cały czas miał poker face'a.
Próbowałam zagadać, ale coś nie był zainteresowany znajomością. Był przesłodki, ale chyba wolał być w lesie niż w zoo...
Mały lampart.
Mały lew.
A oto gwóźdź programu...
...mały śpiący tygrys syberyjski! (czytaj: naćpany)
Wyglądam na super szczęśliwą - bo wtedy byłam, nie zdawałam sobie sprawy, że zwierzęta są faszerowane środkami odurzającymi, by grzecznie pozować za dolara do zdjęć z turystami. Głaskanie tak majestatycznych dzikich zwierząt to niezapomniane przeżycie, ale nie są one do tego stworzone i lepiej by było, gdyby człowiek trzymał się od nich z daleka i tak też je podziwiał. Nie zrobię już sobie nigdy zdjęcia ze 'śpiącym' lwem czy tygrysem i namawiam Was, żebyście ucząc się na czyichś błędach też nie robili.
Był taki mięciutki.
 Na pytanie: 'Is he on drugs?', strażnicy parku odpowiadali pospiesznie: "No no! No drugs, no drugs!". Taa...
Coś mu się śniło i trochę wierzgał przez sen.
Jako, że tam wszystko było wielkie, to gołębie też się rozrosły... były wielkości pawia.
Ten tukan przeleciał prosto nad moją głową, aż czułam na włosach trzepot skrzydeł.
Mała panda - przepiękna, miała obklejony tyłek, ale z zaciekawieniem się nam przyglądała, a my jej.
Nie mogło zabraknąć mini hipopotama, który chwalił mi się rosnącym uzębieniem.
Ale najpiękniejsze zęby świata należą do tego osobnika.
W ten sposób podróż nasza dobiegła końca. Sporo nowego poznaliśmy, zobaczyliśmy, nauczyliśmy się. Podróżowanie - o ile nie szkodzi innym - to zdecydowanie najlepsza inwestycja!

Zachęcam wszystkich.

Czas wracać do domu!




J.



1 komentarz:

  1. Zaznaczam, że 'sen' tygrysa najprawdopodobniej był wywołany farmakologicznie... nie chcę mi się wierzyć, że tak twardo spał sam, zwłaszcza że tygrysy to zwierzęta aktywne w dzień. Myślę że są faszerowane chemią, żeby taki turysta sobie mógł zrobić zdjęcie za dolara... niestety nie mogłam się opanować i rzuciłam się do zdjęć. Teraz wiem, że bym tego nie zrobiła i nie będę już wspierać takiej 'turystyki'. Bądźmy mądrzejsi!

    OdpowiedzUsuń