niedziela, 3 listopada 2013

Podróż do wnętrza Ziemi.

Czytaliście Juliusza Verne? ;)
Byliście we wnętrzu Ziemi?

My byliśmy - tak tak, to nie żart - byliśmy w samym środku czynnego, buchającego siarką wulkanu. Na Jawie o to nie trudno, gdyż czynnych wulkanów jest tam sporo i wciąż sieją zniszczenie (niestety). My mieliśmy to szczęście, że żaden nam nie buchnął w twarz, ale im bliżej byliśmy środka, tym bardziej ostrzegał nas przez rosnącą intensywność oparów siarki.
Odwiedziliśmy kilka wulkanów - pierwszy widziałam (jeszcze przed przybyciem T.) podczas wolontariatu, niedaleko Yogyakarty - Merapi (http://pl.wikipedia.org/wiki/Merapi), który wybuchł ostatnio w 2010 roku (!) - czyli całkiem niedawno. Jeździliśmy jeepem u podnóża wulkanu w śmiesznych kaskach niczym Crazy Frog.

 
Nosiliśmy maski, bo strasznie się kurzyło.

Potem było Bali (na Bali też są wulkany, ale nie odwiedziliśmy żadnego), no i wróciliśmy na Jawę na podbój wulkanów. Celem było oczywiście najsłynniejsze i niesamowicie oblegane przez turystów Bromo, ale los chciał, że wcześniej (dzięki Bogu) załapaliśmy się na inny - moim zdaniem o wiele ciekawszy - wulkan Ijen (http://pl.wikipedia.org/wiki/Ijen).

Jest w nim jedna niesamowita rzecz, która przyciągnęła naszą uwagę i zachęciła nas do nocnej wyprawy - jest to tzw. 'blue fire', czyli widoczne tylko w nocy zjawisko palącej się na niebiesko siarki. Jako że można to zobaczyć wyłącznie na, a raczej 'w' wulkanie Ijen na Jawie oraz gdzieś na Alasce - nie wahaliśmy się i wyruszyliśmy o 1 w nocy z organizatorem takiej wycieczki (na własną rękę tam za bardzo nie można się poruszać, poza tym droga z maista Banyuwangi jest dość skomplikowana, można zapomnieć o znakach drogowych, nie mamy GPS, więc prawdopodobnie byśmy nigdy tam nie trafili, do tego po ciemku). Kierowca od razu wzbudził moje zaufanie, więc przestałam się zastanawiać co MOGŁOBY się wtedy stać - tam, w kompletnej dziczy, na nieznanej ziemi, na drugim końcu świata, w obcym samochodzie, z wartościowym sprzętem fotograficznym (no też bez przesady, ale zawsze coś) i do tego W ŚRODKU NOCY; sęk w tym, by potrafić pozbyć się takich - co prawda możliwych, lecz niekorzystnych myśli i po prostu pozwolić się nieść losowi i dziać wydarzeniom. Należy oczywiście zachować czujność i zdrowy rozsądek i nie dać się totalnie bezmyślnie prowadzić w takich sytuacjach, lecz jest w człowieku coś takiego jak intuicja (albo Anioł Stróż - co kto woli), która pozwala w sytuacji wyostrzonych zmysłów, czyli takiej jak nasza, błyskawicznie i totalnie podświadomie ocenić ewentualny poziom zagrożenia. I tak właśnie podczas tych kilku sekund, kiedy podaliśmy sobie ręce z naszym kierowcą i spojrzeliśmy mu w oczy, wszystko było jasne - możemy jechać. (wiem, że trochę brzmię jak Pawlikowska - z tym że ona uważa się za pisarkę, a ja nie, ale bzdury te same i mimo braku większej sympatii do najnowszej filozoficznej literatury tej pani, to w sumie w tej kwestii doszłam do podobnego wniosku).

I tak po około godzinie jazdy znaleźliśmy się pod kolejnym czynnym jawajskim wulkanem. Czekało nas niecałe 2 godziny drogi nocą. Nie lubię nic robić nocą, bo jestem typem 'dniowym', a nawet 'porannym' i mimo, że ciężko mi czasami wstać o świcie, to najbardziej doceniam tę porę dnia - nocą aktywność mojego organizmu spada i naprawdę muszę się bardzo zmuszać, by przetrwać bez snu - wiedzą to wszyscy, z którymi się imprezowało, prawda? :) Nie ma to jak drzemka na imprezce... Wracając: noc ma swój ogromny urok - niesamowity spokój (przynajmniej w górach, miasto to sztuczny twór i w niektórych miejscach życie się dopiero wtedy zaczyna), gwiazdy, tajemniczość, wyostrzenie zmysłów i czujności. Nie musiałam się specjalnie bać, gdyż byliśmy we dwójkę, ale samemu ta wycieczka z pewnością dostarczyłaby mi mnóstwo adrenaliny! Czasem lubię jeździć sama, jednak cieszę się, że mogę jeździć z parą, bo - pomijając sprawy bezpieczeństwa - jest z kim dzielić tą masę wrażeń. A tego wulkan Ijen dostarczył nam sporo - gdy dotarliśmy w końcu na brzeg krateru, oczom naszym ukazały się ów 'magiczne' niebieskie ognie migoczące delikatnie w dole na tle czarnej nocy. Nie zastanawiając się długo, złapaliśmy przewodnika, wręczyliśmy mu odpowiedni banknot i pozwoliliśmy się prowadzić po tym zakazanym terenie wgłąb krateru, tylko by zbliżyć się do tego niesamowitego zjawiska. Niestety zapach zapałek i zgniłego jajca też się nasilał i w efekcie po tej wycieczce przez dwa dni bolała mnie głowa, ale pomimo trudności opłaciło się: bezcenna jest świadomość tego, że jak się później okazało - byliśmy nad  turkusowym, kilometrowym w średnicy siarkowym jeziorem, gdzie ph wynosi 0.3! Rozumiecie to?! Weszliśmy nocą do wnętrza czynnego wulkanu!...

Z wulkanu wydobywa się siarkę. Ci filigranowi mężczyźni ważący maksymalnie 50kg (ale myślę, że mniej) nosili na plecach siarkę o wadze...80kg. Ja nie byłam w stanie tego nawet ruszyć.
Krok po kroku noszą siarkę na górę.
Niebieskiego ognia za bardzo już nie widać, ale powiem tylko, że był mniej więcej w tym miejscu, gdzie widać żółty kolor - to leżąca i paląca się (czy utleniająca? - Juliusz, popraw!) powoli siarka.
Tak, tak, byliśmy tam na dole, przy samym jeziorze. Jako że było ciemno, za bardzo nie widzieliśmy, że jesteśmy AŻ TAK BLISKO jeziora siarkowego...
Miałam problem ze zrobieniem odpowiednich zdjęć - nie umiem się jeszcze sprawnie posługiwać aparatem :) To jest kilkanaście minut przed świtem (ok 5 rano).
Kolejna próba uchwycenia niebieskiego ognia zakończona fiaskiem. Ale w mojej głowie on pozostanie :) W sumie to wyglądało, jakby pod ziemią była ogromna kuchenka gazowa i ktoś po prostu włączył palnik.
 
Dowód!
Próbowałam podnieść, ale jakoś nie dałam rady i dałam sobie spokój.
To nasz przewodnik - ten facet był NAPRAWDĘ mały, w sumie jak większość lokalesów. Ale siarę dźwigał.
Więcej informacji na National Geographic.

A więc - weszliśmy do wulkanu, widzieliśmy w jakich warunkach pracują wydobywacze siarki. Czas ruszyć na Bromo!

Uparliśmy się, że dojedziemy tam na własną rękę. Będzie taniej, będzie ciekawiej. I tutaj zaczęły się schody... okazało się, że dojazd na Bromo publicznym transportem graniczy z cudem, bo chcąc zasięgnąć informacji a propos dworca autobusowego lub informacji turystycznej, sprytni taksówkarze bądź kierowcy bemo wyłapują niewinne ofiary (jak np. nas) i wiozą do 'informacji turystycznej' , która w rzeczywistości jest prywatnym biurem podróży i z którymi mają zawarte umowy co do dostarczania nieświadomych turystów albo wiozą na 'dworzec autobusowy', czyli do stanowiska prywatnego przewoźnika. "No, sir, we want to go to public bus station!" - "Here here! Yes! Bus bus, Bromo, bus!" albo "Are you tourist information office?" - "Yes yes of course" i proponowano nam wycieczki do naszego celu, ale za podejrzanie wysoką kwotę albo start był z miejsca tej budki, która nazywała siebie informacją turystyczną... a my uparcie chcieliśmy dojechać publicznym transportem, który istniał (według przewodnika), ale był utrzymywany w tak ścisłej tajemnicy. Wszystko oczywiście po to, by zarobić... Ale w końcu po wielu trudach udało nam się znaleźć publiczny autobus (!) i jakoś się do niego załadowaliśmy, chociaż trochę już nam się odechciewało. Niestety to był dopiero początek wyzysku na zagranicznych turystach. Liczyliśmy jednak, że niesamowicie słynne i przepiękne Bromo zachwyci nas swym obliczem o wschodzie słońca, będziemy podziwiać go delektując się majestatem otaczającej przyrody i zapomnimy o trudzie dotarcia do tego miejsca. No cóż - przeliczyliśmy się.

Kiedy dojechaliśmy do parku narodowego, było już po zmroku (w strefie okołorównikowej dzień i noc trwają zawsze po 12 godzin, tam dzień kończył się koło godziny 18), chcieliśmy odpocząć po nieprzespanej nocy i przygotować się na kolejne nocne wstawanie i wyprawę na Bromo. Pojawiła się jednak kolejna przeszkoda - przy bramce wjazdowej poinformowano nas, że należy uiścić opłatę za wstęp, ale dziwnym trafem trzy razy wyższą niż jest podana w przewodnikach, niż informował nas nasz kierowca z wycieczki na Ijen oraz niż podawano w hotelu, w którym mieliśmy mieć nocleg! Co to ma być! Jest ciemno, obce strony, pełno lokalesów dookoła, a my grzecznie (wraz z dwudziestoma innymi turystami) próbujemy wypytać się, dlaczego chcą od nas tyle pieniędzy. Machali nam przed oczami biletem z nadrukowaną kwotą, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że powinniśmy zapłacić 3 razy mniej. Ale najgorsze dla mnie było to, że kiedy mówiliśmy im: "dlaczego nam to robicie? Przecież my chcemy wam dać zarobić, zwiedzać wasz kraj, chwalić go przyjaciołom by do was przyjeżdżali, dlaczego tyle żądacie?". A oni odpowiadali: "Jeśli się wam nie podoba, to wracajcie."

....

Słów mi brakowało, byłam strasznie wkurzona i bardzo chciałam zawrócić (tak jak połowa innych pasażerów) i w sumie do tej pory żałuję, że tak się nie stało, bo nie zamierzam wspierać tej turystyki, która oparta jest na oszustwie i wyzyskiwaniu. Gdyby tylko nie było ciemno albo gdyby ci turyści się zgodzili!... Wyjścia miałam dwa - albo zacisnąć zęby, dać za wygraną, zapłacić te 8 dolarów (zamiast 2.50) za wstęp, dojechać do hotelu i położyć się spać albo wysiąść w ciemności w jakiejś nieznanej wiosce w górach, gdzie nie ma hotelu i prawdopodobnie nie bylibyśmy bezpieczni - albo przynajmniej tak byśmy się nie czuli. Jako, że nawet dla największych idiotów nie ma sensu ryzykować własnego zdrowia i życia, wyłożyłam banknot i ze straszną ochotą przejechania tym busem owych ludzi, pozwoliliśmy zawieźć się do hotelu, gdzie w końcu mogliśmy odpocząć.


Mimo szczerych chęci wyjścia o 4 w nocy na wulkan, po poprzedniej nieprzespanej nocy i po niemiłych incydentach z miejscowymi, nie mieliśmy już siły zmagać się z nocnym marszem, dlatego wydaliśmy kolejne pieniądze na przejazd jeepem, by tym razem móc w spokoju delektować się miejscem. I ponownie się zawiedliśmy! Ludzie! Ja Wam powiem jedno - unikajcie znanych turystycznych miejsc! To naprawdę nie ma sensu, płaci się tylko grube pieniądze, a i tak nici z widoków, bo jest to wieczna walka z masą turystów chcących sobie zrobić zdjęcie akurat tam, gdzie wy, masa lokalesów próbuje wam sprzedać herbatę, banana albo inne bibeloty i tak naprawdę te piękne miejsca zamieniają się w jakiś koszmar, gdzie wcale nie można się nimi cieszyć! Tak właśnie było z Bromo - najsłynniejszym punktem Jawy. Dobra, wiem - widziałam to, jakoś dotarłam i jakoś wróciłam, jednak nikomu nie polecam, mimo że sam wulkan i płaskowyż jest przepiękny, ale zobaczycie na zdjęciach ile tam jest ludzi... oj nie, to nie dla mnie. No ale cóż, było minęło. Wiem na przyszłość, że jeśli np. zapragnę bardzo wycieczki do Peru, to albo omijam Machu Picchu szerokim łukiem i pożytkuję czas na równie ciekawe, ale mniej znane miejsca albo zaciskam zęby i przedzieram się przez tłumy wycieczkowiczów wykładając co chwilę pieniądze na jakieś tam opłaty. Ale lokalni dobrze wiedzą, że cała masa ludzi przyjeżdża właśnie do tych miejsc i jest to świetna okazja, by zarobić, bo ludzie "Pierwszego Świata" są zapłacić naprawdę każdy pieniądz by spełnić swoje zachcianki. A rodzina musi za coś jeść...

O tyle zmądrzałam po wycieczce do Indonezji - im bardziej rozgłośnione miejsce, tym gorzej. Było tak z Bromo, było tak z Bali. I myślę, że tak jest z tysiącem innych miejsc, które 'musisz zobaczyć przed śmiercią". O nie, nie! Szukać pięknych miejsc trzeba trochę dalej, no chyba, że ktoś tak lubi - nie wiem, może sprawia to ludziom przyjemność takie przedzieranie się przez tłumy, by zrobić sobie zdjęcie przy wulkanie czy świątyni. :) Mnie jednak nie.

Tyle na ten temat, teraz zapraszam do zdjęć:

Tak wygląda publiczny autobus bemo na Bromo.
A tak wyglądają wulkany tuż przed świtem. Bromo to ten po lewej z największym kraterem. Tam też później weszliśmy.
Niby wszystko pięknie, ale...
...trzeba się sporo naprzepychać, by zrobić takie zdjęcie. Jak widać - każdy wystawia ręce z aparatami, każdy chce sfotografować wulkan skoro już tu jest. Ja też chciałam.
Och, tyle ludzi... a my wśród nich
W końcu pokazały się pierwsze promienie wschodzącego słońca.
Tych jeepów było całe mnóstwo...
Potem pojechaliśmy pod sam wulkan, by się na niego wspiąć.
 
Trzeba uważać, bo dookoła znajduje się wiele bagien i można postawić fałszywy krok...


Nasz kierowca - też niski i drobny.
Musiałam zrobić zdjęcie samochodu, by potem do niego wrócić, bo nie mogliśmy się odnaleźć wśród tej ilości jeepów, które tam były.
Teraz marsz na krater.
Wszędzie można 'coś' kupić.
Tam w dole znajduje się hinduistyczna świątynia. Ale okolica ze świętością nic wspólnego nie ma.
Niespodzianka! Na wulkan wejdziemy sobie kulturalnie po schodach.
Ech...
A oto wnętrze krateru. No, tam już się nie dało zejść :)
Tłumy, tłumy, dzikie tłumy.
A jak się komuś nie chce, to można sobie wjechać na koniu (a raczej koniku).
No cóż, ale pięknie jest.
Pozdrawiam,

J.

PS. A tutaj okiem profesjonalistów:

http://travel.nationalgeographic.com/travel/countries/your-indonesia-photos/

http://travel.nationalgeographic.com/travel/countries/your-indonesia-photos/



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz