wtorek, 26 listopada 2013

Opowieści o Szkocji ciąg dalszy.

Tak jak wspominałam, z wyspy Skye wydostaliśmy się już samochodem (przez most) na stopa z bardzo miłym mieszkańcem Kraju Tulipanów, którego nawiasem mówiąc spotkaliśmy dnia następnego i zabrał nas ponownie. W międzyczasie nocowaliśmy sobie w mieścinie szczycącej się zamkiem Dunnotar - tak, tym razem na kempingu! W końcu prysznic... najfajniejsze wtedy było w nim to, że był taki wytęskniony, wyczekany, człowiek się po 3 czy 4 dniach czuje jak nowo narodzony - zwłaszcza, jak zostały mu jeszcze czyste skarpety (ja miałam nawet czystą koszulkę!). Niestety idealnie nigdy nie będzie i po naszym przecudownym odświeżającym i wyczekanym prysznicu zerwał się jakiś straszny sztorm i wiało niemiłosiernie. Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem wytrzymał namiot i wytrzymaliśmy my...
Niby byliśmy w miejscowości, na kempingu i to razem z kilkoma innymi namiotami, ale było to bardzo dziwne uczucie mieć nad sobą mocno niestabilny 'dach'. Także należą się wielkie ukłony dla mojego namiotu, który nie dość, że przetrwał ten straszny wiatr, to jeszcze nie zamókł ani trochę, a padało razem z wiatrem!!!
Ale przyznam się, że to są właśnie momenty, kiedy tak bardzo docenia się swój dom, jaki by nie był. I o to chodzi :)

Po ciężkiej wietrznej nocy (spaliśmy ze stoperami w uszach - myślę, że bez nich nie zmrużyłabym oka, a tak to w miarę się wyspałam) złapaliśmy całkiem przypadkowo naszego Kolegę (za co mu bardzo dziękujemy) i dotarliśmy do słynnego jeziora Loch Ness. A z czego słynie to jezioro? No właśnie... :)

Zastanawiacie się pewnie, czy udało nam się znaleźć Nessie. Odpowiadam: NIESTETY NIE! Głównym powodem była nieodpowiednia ilość spożytej whisky (a właściwie jej brak), która bardzo ułatwia obserwacje... Może innym razem. :)

Okolice jeziora Loch Ness są bardzo malownicze. Jest to dość duże jezioro, a właściwie długie i do tego bardzo głębokie - typowe jezioro polodowcowe. Dookoła jest oczywiście mnóstwo szlaków i my zdecydowaliśmy się jednym przejść. Tempo nie było zabójcze ze względu na ból pleców, który się u mnie pojawił - prawdopodobnie nierównomierne obciążenie - myślę, że przez nielekki aparat założony na skos przez ramię. No cóż, trasa trochę się dłużyła, za to dopisywała pogoda. Dotarliśmy w końcu po zmroku do jakiejś miejscowości, po drodze 'zaliczając' english tea w typowym tea roomie z ręcznie robioną ceramiką. Właściciel miał takiego milutkiego psa, niestety ślepego i głuchego i kiedy próbował się przemieszczać, uderzał głową o wszystkie przedmioty - pogłaskałam oczywiście na pocieszenie, za co odwdzięczył mi się wiatrem z machającego ogona.
Jak zwykle, przychodzi dylemat co do noclegu - na dziko czy nie? Zazwyczaj decydowaliśmy się na to pierwsze, jednak dziwnie nam było rozłożyć się w parku w mieście - zwłaszcza, że jeden taki elegancki kawałek trawy już był zajęty przez inny namiot. Na szczęście trafiliśmy na kemping, więc - kolejny prysznic! Juhu!

Gwiazdą był oczywiście przepiękny szylkretowy kot, który łasił się niesamowicie, ale trzymał po naszej stronie, bo kiedy konkurencyjny namiot skusił kotka mlekiem i innymi smakołykami, okazało się, że mądry kotek z miłości postanowił obsrać i podrzeć im namiot... :D Śmieszne to było - najpierw zapraszali kotka dość intensywnie (no jak dla mnie to to była kradzież), a potem żalili się właścicielowi, że kotek zrobił co zrobił - tylko pytanie: co ten właściciel na to mógł? Poza tym, twierdził że to nie jego kot no i co teraz? :) Ludzie są dziwni... (koty też).

Po przygodzie z kotkiem spotykała nas 'dobra passa' - udawało nam się łapać transport na czas, jakoś tak dobrze to mają w tej UK rozplanowane :)
Wybraliśmy się do Inverness, potem do naftowej Aberdeen, potem do zamku w Stonehaven, rezydencji rodziny Królowej Matki w Glamis. No wypasy, co tu dużo mówić. I jakieś tam spanie na dziko wpadło - na jakiejś takiej trzcinie w lesie, gdzie całą noc coś drapało w namiot i bzyczało pod ziemią...

Na tym się skończyło, wróciliśmy do Edynburga, by spędzić noc na lotnisku i utwierdzić się w tym, że połowę szkockiej gastronomii obstawiają Rodacy. Pozdrawiamy miłego pana M. na lotnisku, ale nie możemy powiedzieć co zrobił, bo straciłby pracę. :)

Zostawiam Was ze zdjęciami.   

Owce, owce, wszędzie owce!

W tle zamek Dunnotar.
Tutaj powinna być fosa, ale odpłynęła z fazą księżyca.
W drodze do Inverness.
Typowa szkocka krowa!
A oto słynne Loch Ness!
Szukając potwora...
Znowu wrzosy!
English tea in a english room - amazing!
Multikolorowe chmury. Nic a nic nie poprawiałam cyfrowo!
Nie ma to jak herbatka na świeżym powietrzu :)
Kotek - cwaniak.
:)
Tak, to jest ten moment, kiedy kotek zostaje skuszony przez parę z namiotu obok, a potem porwał i obsrał im namiot i okolice - nauczka, że kotu nie podaje się krowiego mleka, o :) Żal mi go było, że się męczył potem biedak z biegunką...
Stonehaven. Za klifem jest zamek ze zdjęcia poniżej.
Ruiny zamku w Stonehaven.

Droga do posiadłości Glamis. Ale ta rodzina królewska żyje w przepychu... ale jednej rzeczy nikt mi nie odbierze - ZROBIŁAM SIKU NA ICH POSIADŁOŚCI, O! Przy drodze, pod drzewkiem. YEAH
Trochę wygląda jak pałac z Disneylandu.
Oto koniec szkockiej opowieści. Ale nie martwcie się, historii do opowiedzenia mam trochę i będą na bieżąco uzupełniane.

Kłaniam się nisko,
J.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz